Wespół w zespół

Gdzie ekumenizm sprawdza się w praniu? W graniu.


Mówią, że jedna jaskółka wiosny nie czyni, ale gdy na niebie ujrzymy kilkadziesiąt szybujących ptaków, mamy chyba prawo oczekiwać nadejścia cieplejszej pory roku? 
Gdy na początku lat 90. startował zespół New Life’m, ludzie patrzyli na to wspólne muzyczne przedsięwzięcie katolicko-protestanckie z pewną taką nieśmiałością. Uda im się? Pozabijają się w mknącym na Ukrainę busie, rozstrzygając prawdziwość dogmatu o Niepokalanym Poczęciu? Muzycy przecierali szlak, rozpoznawali teren. Było to w czasach, gdy ludzie słuchali na domowych grundigach „Listowych piosenek”. „Listowe piosenki” – zbiór uwielbieniowych hitów – wydawał krakowski „List”; a „List” wydawało jeszcze wydawnictwo „Maszachaba” (późniejsze „m”). Dziś fakty te są tak nieprawdopodobne, że trudno je powiązać. New Life’m to była rewolucja. Eksperyment. Dziś to, że na scenie w jednej kapeli grają wspólnie ludzie różnych wyznań, jest normą. 


Są straty w ludziach?


Pamiętam, jak startował toruński Song of Songs Festiwal, a organizatorzy przejęli się intuicjami bp. Józefa Chrapka, by była to impreza, która łączy katolików z braćmi z innych Kościołów. Był to czas podejrzliwości, nieśmiałego „obwąchiwania” się, pierwszych wspólnych prób na scenie. Dziś – po latach – takie wspólne muzyczne projekty weszły do klasyki gatunku. W chwili gdy piszę te słowa, w pobliskim Spodku trwa wielkie kolędowanie. Na jednej scenie stoją obok siebie Anna Maria Jopek, Natalia Niemen, Kuba Badach i znakomity chór TGD. Obok dyrygującego chórem Piotra Nazaruka, protestanta, śpiewa Grzegorz Głuch, katolik, lider chóru Gospel Rain. Połączyło ich uwielbienie. – Jest ono łaknieniem czegoś, za czym wszyscy tęsknimy: bliskiej relacji z Kimś, kto nas bezgranicznie akceptuje – opowiada Grzegorz. – Wielkim przeżyciem były dla mnie odwiedziny amerykańskiego domu nieustannej modlitwy IHOP w Kansas. Zabrał mnie tam Piotr Nazaruk. Przedziwna historia, szalona, ekstrawagancka. W wielu środowiskach protestanckich powstało pragnienie, by utworzyć dom nieustającego wielbienia. Muzyka ma nieprawdopodobną zdolność otwierania nas na obecność Boga, jest nośnikiem wyrażania emocji. Moja znajoma z Ukrainy powiedziała kiedyś: „Uwielbienie jest jak składanie pocałunku na policzku Boga”. 
– Gram na co dzień z braćmi protestantami – opowiada Marcin Pospieszalski (jego bracia żartują, że łatwiej wymienić zespoły, w których nie grał, niż te, w których wystąpił). – Materia muzyczna jest nieprawdopodobnie jednocząca. Tworzymy razem na chwałę Boga, a to sprawia, że nie podchodzimy do siebie z podejrzliwością. Czy w busie dochodzi do doktrynalnych awantur? Jasne. Wiele razy wychodziłem rozbity, wkurzony, a nasze utarczki mogły oznaczać koniec relacji. Te napięcia są dziś mniejsze, bo czas nauczył nas pewnego rodzaju zachowań, wrażliwości. Ale kiedyś te konflikty były niezwykle mocne. Ekumenizm to bardzo trudna droga. Często doznaje się na niej zranień. Rozwiązaniem problemów zazwyczaj jest modlitwa.
– Mamy w zespole pewien nawyk: nieustannie się „punktujemy”. Mówimy sobie prawdę bez ogródek. Bez taryfy ulgowej. – uśmiecha się pianista New Life’m Joachim Mencel. – Tyle że tego samego dnia już się na siebie nie gniewamy. „Nad naszym gniewem nie zachodzi słońce”. Naprawdę generalnie nie gniewamy się na siebie. Takie mamy założenie. To działa, bo my – widzę to coraz wyraźniej – jesteśmy jak bracia. 
Gdy zespół nagrywał płytę kolędową, Robert Cudzich, gitarzysta kapeli, opowiadał: – Widziałem, jak reagowali na katolickie kolędy członkowie zespołu, którzy nie wyrośli w tradycji katolickiej. Pamiętam zachwyt Mate.O nad słowami kolędy „Bóg się rodzi”. Był bardzo poruszony wielkim ładunkiem Ewangelii zawartym w tym tekście. „Pan niebiosów – obnażony” albo „Wzgardzony – okryty chwałą”. Genialne! Wszyscy próbowaliśmy spojrzeć na kolędy jak na pieśni chwały, przekaz Dobrej Nowiny.
– Kolędy były jakimś kolejnym pomostem – dodaje Joachim Mencel. – Ich genialny język, mimo upływu lat, wciąż zachwyca i porusza. To nie są tylko katolickie utwory. Jest wśród nich m.in. kompozycja Feliksa Mendelssohna, który był przecież protestantem… 


Przyjaciela mam


Czy katolicy nucący w czasie wspólnotowych spotkań pieśń chwały „Przyjaciela mam” wiedzą, że napisał ją syn pastora, baptysta z dziada pradziada? – Grasz i przyjaźnisz się z katolikami. Kilkanaście lat temu klimat nie był przyjazny takim ekumenicznym zbliżeniom… Czy na początku twojego wychodzenia na scenę musiało coś w tobie pęknąć? – pytam autora tej znakomitej piosenki Mateusza Otrembę, znanego na scenie jako Mate.O. – Nie musiało nic pękać – odpowiada muzyk i znakomity fotografik, prywatnie mąż Natalii Niemen. – Ja nie miałem nigdy z tym problemów. Mój ojciec – pastor baptystyczny – nie postrzegał Kościoła jako własnego królestwa. Widział go szeroko: jako ludzi, których trzeba budować. Nie skupiał się na własnym podwórku. Ja nigdy nie nosiłem w sobie podziału: „my” i „oni”. Cały czas widziałem jedno wielkie „my”.

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Pobieranie...

Reklama

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Reklama

    Reklama