Zmartwychwstanie ojca Fransa

Dwa lata temu, 7 kwietnia, w oblężonym przez wojska Asada Homs zamaskowany napastnik zamordował o. Fransa Van der Lugta, jezuitę pochodzącego z Holandii.

Dwie godziny wcześniej, w oddalonym o 10 tys. kilometrów mieście Omaha (Nebraska, USA), 28-letni syryjski jezuita Tony Homsy opowiadał swojemu przyjacielowi sen z poprzedniej nocy: śnił, że jego mieszkający w Aleppo ojciec zmarł, a o. Frans przyszedł, by towarzyszyć rodzinie w pogrzebie. – Nie wierzę w sny, zawsze bezlitośnie wyśmiewam tych, którzy przywiązują do nich znaczenie. Ale tego snu nie potrafiłem zignorować lub wyjaśniać go sobie troską o rodzinę, która została w Aleppo – wspomina Tony. Pięć lat wcześniej o. Frans przyjmował go do zakonu.

Siostra Brygida Maniurka, polska franciszkanka misjonarka Maryi, znała o. Fransa dłużej – przez 20 lat spędzonych w Syrii ściśle z nim współpracowała, była w jego rekolekcyjnym teamie. – Pamiętam bardzo dobrze dzień jego śmierci. Byłam w Ammanie. Narelle, siostra prowincjalna, przyszła do mojego pokoju ze łzami w oczach, oznajmiając, że o. Frans został zamordowany – wspomina polska misjonarka.

Holender w ruinach

Ojciec Frans (albo raczej – jak sam się po arabsku przedstawiał – abuna Frans): urodzony w Hadze, rocznik 1938, z rodziny wielkich bankowców i finansistów. Od 1966 r. jezuita w Syrii, w Homs. A dokładnie – w klasztorze w dzielnicy Bustan al-Diwan na Starym Mieście. Ta dzielnica oraz sąsiednia Hamidiye – wcześniej opanowane przez rebeliantów występujących przeciw władzy Baszara al-Asada – w roku 2012 zostały otoczone przez wojska rządowe. Od tego momentu zaczęła się tragiczna odyseja mieszkańców tysiącletniej starówki zakończona wstrząsającym widokiem morza opustoszałych ruin.

W 2012 r. o. Frans postanowił zostać w klasztorze. – Nie szukał ucieczki z oblężenia. Dla mnie i dla tych jezuitów, którzy go znali, nie była to niespodzianka. On po prostu pragnął być jak jego Mistrz – Jezus. I ten dar został mu dany – mówi Tony Homsy.

– Wiedzieliśmy, że o. Frans od dłuższego czasu otrzymywał pogróżki. Zdawał sobie sprawę z zagrożenia. Mógł opuścić klasztor, przełożeni też mu to proponowali. Odpowiadał, że zostanie do końca – wspomina s. Brygida. Ze Starego Miasta uciekał, kto mógł. Bombardowania, snajperzy z dwu stron, wreszcie najstraszniejszy przeciwnik: głód. Z 50-tysięcznej wspólnoty chrześcijan Starego Miasta na koniec z o. Fransem pozostało dwudziestu. Ale abuna nie został tylko dla chrześcijan. – Pomagał bez względu na religię czy zapatrywania polityczne: chrześcijanom, muzułmanom, zwolennikom reżimu i opozycji – podkreśla polska misjonarka.

Ojciec Bimal Kerketta, inny jezuita bliskowschodniej prowincji zakonu, informował, że w klasztorze schronienie znalazł muzułmański duchowny z rodziną.

Głód

Dwa miesiące przed śmiercią o. Frans po raz ostatni apelował o pomoc dla oblężonych. – My, chrześcijanie i muzułmanie, cierpimy tu z wielu powodów. Największym jest głód. Nie ma nic trudniejszego do zniesienia niż widok rodziców szukających na ulicy resztek jedzenia dla głodujących dzieci – mówił. Wcześniej opowiadał, że ludzie z powodu głodu tracą zmysły, wpadają w szaleństwo. Kilka dni przed śmiercią rozmawiał przez Skype’a z rodziną w Holandii. Zauważyli, że jego głos jest niezwykle słaby. Wnioskowali, że głoduje od kilku dni.

– Frans nigdy nie mówił mi o swoim samopoczuciu, ale zawsze pytał, jak ja się mam – wspominał o. Ziad Hilal SJ, jezuita z Homs, który mieszkał w pobliskim klasztorze Dayr al-Moukhales. Jezuici oddzieleni przez linię oblężenia utrzymywali stały kontakt, a o. Ziad pomagał oblężonym. Siostra Brygida opowiada o znajomej malarce z Damaszku, ciężko chorującej na raka. Ojciec Frans wcześniej organizował jej wystawy, podtrzymywał ją na duchu. – Dzwonił do niej regularnie, nawet kiedy był oblężony w Homs – mówi misjonarka.

Zwolennik Asada?

Na pytanie, kto zabił o. Fransa, do dziś nie ma odpowiedzi. – Ojciec Frans uważał się za Syryjczyka i chciał, żeby inni też tak uważali – podkreśla s. Brygida Maniurka. Miał doktorat z psychologii, biegle posługiwał się arabskim, doskonale znał Koran. Łatwo nawiązywał kontakty, zaprzyjaźniał się z wszystkimi. Komu zależało na jego śmierci? A może był to atak szaleńca? Ojciec Frans bywał krytyczny wobec rebeliantów, informował, że demonstracje nie są tak spontaniczne i pokojowe, jak relacjonowały to światowe media, a rebelianci są zaopatrywani w broń z zewnątrz.

Czy był zwolennikiem Asada? – Był tajemnicą. Ci, którzy znają go lepiej, powiedzieliby, że był zwolennikiem Jezusa. Ale patrzący powierzchownie mówili, że jest proreżimowy. A on, naśladujący Jezusa aż do końca, nigdy nie wspierał takiego tyrana jak Asad i zawsze sprzeciwiał się zbrojnej walce rządu z protestującymi. Tylko w dialogu widział szansę na życie w harmonii w kraju tak politycznie i religijnie zróżnicowanym jak Syria. Ale to nie była bierna neutralność. Walczył z biernością wobec niesprawiedliwości w Syrii już przed wojną – tłumaczy jezuita. I dodaje interesującą interpretację: – Im więcej ludzi poznawało o. Fransa, w tym większym był niebezpieczeństwie. Jego osobowość i głębokie przesłanie, jakie niósł w czasie wojny (dość walki, życie w pokoju jest jedynym rozwiązaniem), dla wszystkich stron stanowiły powód żeby go zabić – mówi „Gościowi” Tony Homsy.

Ziemia i wędrówka

– Ojciec Frans był niezwykłym człowiekiem, znanym w całej Syrii. Miał przyjaciół wśród intelektualistów, występował w telewizji, ale lgnął do zwykłych ludzi – mówi s. Brygida. Zasłynął z tego, że stworzył koło Homs ośrodek Al-Ard i był organizatorem Masir. Al-Ard (arab. „ziemia”) to farma i centrum rekolekcyjne w jednym. Łączące chrześcijan i muzułmanów.

– Na tej farmie pracowali razem młodzi niepełnosprawni, wyznawcy obydwu religii, a w centrum rekolekcyjnym na weekendowych spotkaniach o. Frans tworzył przestrzeń wspólną dla chrześcijan i muzułmanów – opowiada s. Brygida, która bywała tam wielokrotnie. Masir (arab. „wędrówka”) to także znana w całej Syrii inicjatywa ojca Fransa. Zabierał on ponad stu ludzi na kilkudniową wędrówkę po górach lub pustyni. I znów razem: chrześcijan i muzułmanów. – Niekiedy specjalnie gubił drogę, żeby marsz był bardziej wymagający. Przewodził grupie, miał niespożytą energię. Ciągle nam powtarzał „Ilal amam!” („Naprzód!”). To było jego motto życiowe. A nocami trwały rozmowy, refleksje, dyskusje – wspomina polska misjonarka, która towarzyszyła jezuicie także w tych wędrówkach.

– Jako dwudziestolatek wykończony wędrówką byłem sfrustrowany, widząc, jak 70-letni ksiądz dziarsko przewodzi grupie. Moim sukcesem było, jeśli przez milę nadążałem za o. Fransem – wspomina Tony Homsy. Zarówno „Ziemia”, jak i „Wędrówka” oraz ostatnie dwa lata w oblężeniu w solidarności z ludem chrześcijańskim i muzułmańskim są przesłaniem dzisiaj dość kłopotliwym. Że chrześcijanie i muzułmanie mogą żyć razem, a wrogość nie jest rozwiązaniem. Nie jest to sprawa jakiejś obłędnej ideologii, ale świadectwo człowieka, który oddał życie za to przeświadczenie.

Zmartwychwstanie

Ojciec Frans żył prosto. Nie miał wymagań w sprawach jedzenia. Spał na materacu rozłożonym na podłodze. – Był niezwykle skromny. Przede wszystkim chciał być dobrym człowiekiem. Łatwo nawiązywał kontakty z najbardziej nieśmiałymi, zauważał ich w grupie, słuchał i wspierał. Iluż ludziom przywrócił radość życia! – podkreśla s. Brygida. „Tak wiele otrzymałem w swoim życiu od Syryjczyków. Dzisiaj oni tak bardzo cierpią. Chcę dzielić ich cierpienie, strach i śmierć. Chcę z nimi zostać i dzielić wyzwolenie ze strachu do pokoju, ze smutku do radości, ze śmierci do życia” – mówił w jednym z ostatnich opublikowanych przesłań ojciec Frans.

Pochowano go w ogrodzie klasztoru jezuitów na Starym Mieście w Homs. Na grobie codziennie są świeże kwiaty, codziennie ludzie przychodzą na modlitwę, uważają go za świętego. Nad grobem wiszą jego wizerunki, na murze ktoś zrobił portret – graffiti. Pokój zostawiono tak, jak go opuścił rankiem dwa lata temu. Dwa koce częściowo odsłaniają posłanie – materac przykrytym trzecim kocem, bez prześcieradła. Obok książki, budzik, schodzone buty, rolka papieru toaletowego, taborecik. – Dzisiaj odnajduję znaczenie mojego snu z 6 kwietnia 2014 r. To zmartwychwstanie – wyznaje Tony Homsy.

Spotkanie

Więc jeśli kiedyś, kiedykolwiek, tu czy tam, nieważne gdzie, zobaczycie wędrującego starszego, szczupłego pana w okularach, który będzie ubrany w koszulę w biało-wrzosowe prążki i jasnopopielate spodnie (szarej, dziurawej skarpetki, w której też był pochowany, macie prawo nie zauważyć) – albo w czerwoną czapkę i czarną, skórzaną kurtkę – i jeśli będzie do was wołał: „Ilal amam!”, to możecie być spokojni. To ojciec Frans z ogrodu w Homs. Nie bójcie się go, on do wszystkich mówi: „bracie”.

«« | « | 1 | » | »»

TAGI| KOŚCIÓŁ

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Pobieranie...

Reklama

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Reklama

    Reklama