Ekumenizm krwi

Po ponad 100 latach dążenia do jedności jesteśmy bliżej siebie. W tym czasie pojawiły się jednak nowe podziały. Jednocześnie rozumiemy dziś lepiej, że zjednoczenie Kościoła leży bardziej w rękach Boga niż w naszych.

Jaki jest dziś stan ekumenizmu? W którym miejscu jesteśmy, czego się spodziewamy? Czy nadzieja na jedność Kościoła jest utopią czy realną szansą? Nie chodzi, broń Boże, o gaszenie ekumenicznego zapału, ale o realizm, o odróżnienie prawdy od jej pozorów.

Jesteśmy bliżej siebie

Ruch ekumeniczny zrodził się na początku XX w. w środowisku protestanckim. Impuls ku jedności dała działalność misyjna. Ewangelizatorzy pochodzący z różnych wyznań czuli, że podziały wśród chrześcijan osłabiają wiarygodność ich świadectwa. Za moment początkowy ruchu ekumenicznego uznaje się Światową Konferencję Misyjną w Edynburgu w 1910 roku. Ze strony prawosławia ekumeniczna jaskółka pojawiła się już w roku 1902. Patriarcha Konstantynopola Joachim III napisał wtedy encyklikę wzywającą chrześcijan do jedności. Do dziś właśnie z Konstantynopola wychodzą najmocniejsze prawosławne inicjatywy ekumeniczne. Kościół katolicki włączył się w ruch ekumeniczny o wiele później, bo dopiero podczas Soboru Watykańskiego II. W definicję Kościoła wpisano na soborze jedność. Skoro jest on „znakiem i narzędziem wewnętrznego zjednoczenia z Bogiem i jedności całego rodzaju ludzkiego”, to podział chrześcijan jest skandalem, jest czymś, co jest sprzeczne z samą istotą Kościoła.

Sobór rozbudził ekumeniczne nadzieje, zapał w szukaniu jedności. Gdy papież Paweł VI i patriarcha Atenagoras wymieniali braterskie uściski, gdy zdejmowali wzajemnie ekskomuniki z roku 1054, wydawało się, że wspólnota Eucharystii między katolikami i prawosławnymi jest już tylko kwestią czasu. Dialog z Kościołami wyrosłymi po reformacji również ruszył z kopyta i zapowiadał się obiecująco. W teologicznych dwustronnych rozmowach wypracowano wiele dobrych dokumentów. A jednak do upragnionego zjednoczenia nie doszło. Można odnieść wrażenie, że stanęliśmy w miejscu. Pojawiło się rozczarowanie, zwątpienie. Co się stało? Dlaczego ekumeniczne otwarcie nie zostało uwieńczone „sukcesem”?

Szukanie odpowiedzi na to pytanie jest naszym obowiązkiem, także ze względu na świętą sprawę jedności. W żadnym wypadku nie wolno negować trwałych dobrych owoców, które zrodził ruch ekumeniczny. Bez wątpienia jednym z nich jest odzyskanie przez Kościoły poczucia chrześcijańskiego braterstwa. Odnowiła się w nas, chrześcijanach, świadomość, że Chrystus założył jeden Kościół. Mimo historycznych, wyznaniowych podziałów na najgłębszym poziomie istnieje wciąż jeden Chrystusowy Kościół, który pochodzi od Boga. Jesteśmy uczniami tego samego Chrystusa, choć nadal różnimy się w kwestiach doktryny czy sakramentów. Wśród katolików, prawosławnych i protestantów wolnych od fundamentalizmu niewątpliwie silniejsze niż 100 lat temu jest poczucie, że wzajemny szacunek, otwartość na inne chrześcijańskie tradycje oraz szukanie jedności to wola samego Chrystusa.

Nowy podział: stosunek do nowoczesności

Niestety, w ciągu ostatniego półwiecza pojawił się nowy podział. Przebiega on nie po linii konfesyjnych granic. Dzieli on samych katolików czy protestantów tych samych denominacji. Skąd się wziął? Zmienił się bardzo świat i w związku z tym zmieniło się wiele w samych Kościołach. Coraz bardziej agresywny sekularyzm zdziesiątkował silne liczne Kościoły i, co gorsza, zmienił mentalność chrześcijan oraz ich duchowych autorytetów. Dotyczy to wszystkich wyznań bez wyjątku. Pomyślmy o spustoszeniu życia religijnego w „tradycyjnie” katolickich społeczeństwach, takich jak Francja czy Belgia. To samo stało się w krajach protestanckich, takich jak Szwecja czy Norwegia. Kościół prawosławny w Rosji podźwignął się organizacyjnie z upadku po komunizmie dzięki pomocy państwa, ale trwa w duchowej zapaści (do cerkwi chodzi ok. 4 proc. wiernych).

Nową linię podziału wyznacza stosunek Kościoła do współczesnej liberalno-lewicowej kultury promującej to, co Benedykt XVI nazwał „dyktaturą relatywizmu”. W dużym uproszczeniu – pojawiły się dwa stanowiska. Spora część chrześcijan otworzyła się na współczesność w sposób tak bezkrytyczny czy naiwny, że tożsamość ich wiary uległa erozji. Akceptowano kolejno rozwody, antykoncepcję, aborcję, aktywny homoseksualizm. Do tego dochodzi demokratyzacja Kościoła. O prawdach wiary czy normach moralności decydować ma większość zgromadzona na takim czy innym kościelnym forum. W działalności Kościołów idących z postępem coraz ważniejsze staje się konkretne zaangażowanie w pracę nad ulepszaniem świata, walka o sprawiedliwość, pokój, ekologię itd. Te praktyczne działania stają się niepostrzeżenie rdzeniem kościelnego credo. Bóg staje się tłem, „historyczną” dekoracją dla misji „wyzwalania” ludzkości i budowania lepszego świata.

Drugie podejście do nowoczesności to postawa, którą najlepiej określa słowo „wierność”. Komu? Bogu, który jest źródłem prawdy, i Kościołowi. Sporo chrześcijan różnych wyznań odpowiada na współczesny sekularyzm postawą jednoznaczną, tzn. nie „majstrują” przy prawdzie, strzegą doktrynalnych granic, nie obniżają poprzeczki wymagań moralnych, konsekwentnie wzywają świat do wiary w Boga i nawrócenia. Między tymi dwoma „obozami”, które często etykietuje się przymiotnikami „liberalny” i „konserwatywny”, istnieje napięcie, trwa spór. I powiedzmy sobie szczerze, trudno między nimi o jakieś porozumienie. Stawką jest bowiem być albo nie być samego Kościoła. Nie czarujmy się, współczesne pogaństwo, promowane przez elity polityczne, medialne, prawodawstwo czy biznes, dąży do usunięcia chrześcijaństwa ze światowej sceny.

Socjologiczne dane pokazują, że podejście konserwatywne gwarantuje Kościołowi przetrwanie. Flirt z zsekularyzowaną kulturą czy liberalną teologią prowadzi prędzej czy później do katastrofy. George Weigel mówi o „żelaznej regule”, która określa relację chrześcijaństwo–nowoczesność. Ta zasada mówi, że przetrwają te chrześcijańskie społeczności, które trzymają się mocno swoich doktrynalnych i moralnych granic. Natomiast te wspólnoty, które pozwalają na to, by ich doktrynalne i moralne granice stały się na tyle nieszczelne, że w końcu już nikt nie wie, kto do nich należy, a kto nie, usychają i giną.

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Pobieranie...

Reklama

  • Tinka
    17.02.2017 13:59
    Wady strony "liberalnej" ksiądz wymienił, to ja pozwolę sobie na krytykę opcji "konserwatywnej". przede wszystkim osoby z nią identyfikujące się są postrzegane jako zawzięte, potrafiące wymienić wszystkie nie swoje grzechy. Konserwatywny katolik, czy działacz pro life to osoba potępiająca innych, nieświadoma tego, że wszyscy jesteśmy grzesznikami. Homoseksualizm to grzech. Ale nacjonalizm ? Ten papież nic nie wie o muzułmanach. Ja widziałem jednego w telewizji i lepiej się znam. Oczernianie ludzi, posądzanie o spiski, agenturalność ? Tu na tym portalu niedawno czytałam zwierzenia lekarza, który swoje "nawrócenie" zawdzięcza kobiecie, która przyszła do niego, mimo, że był "z drugiej strony", ten zły, ale ona przekazała mu, że Bóg go kocha i że ma szansę.
Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Reklama

    Reklama