Wierzyć z nurtem Nilu. Egipt

Fragment książki o. Macieja Jaworskiego OCD. Dziękujemy za umożliwienie publikacji

27. Różne poziomy zaślepienia

Kair, 1.08.2014

Na siedem spalonych chrześcijańskich miejsc w historycznym mieście Minia nad Nilem, a na czternaście w regionie, jedno jest szczególne, to Centrum Edukacyjne dla dzieci i młodzieży prowadzone przez egipskich Jezuitów. Przez ponad sto lat obecności w mieście zakonnicy wyrobili sobie markę, szczególnie dzięki proponowanej wyjątkowo kompetentnej edukacji. Muzułmanie dosłownie bili się między sobą by zapisać dzieci i młodzież do przedszkola i najlepszej szkoły w okolicy. Z czasem też odkrywali sens pracy na rzecz dzieci kalekich widząc w jaki sposób zostają przystosowywane do życia. Jedną z integralnych części imponującego dzieła była więc pomoc dla młodzieży niepełnosprawnej mentalnie i fizycznie. Wobec kompletnego braku takich propozycji w całym regionie i dużej ilości dzieci w potrzebie, Jezuici musieli poszukać klucza do wyodrębnienia najbardziej potrzebujących z masy potrzebujących. Warunkiem więc przyjęcia i uczestniczenia w treningach i terapiach były analfabetyzm i stopień sprawności rąk. Szukano dzieci naprawdę poszkodowanych i bez żadnych perspektyw na przyszłość, a jednocześnie tych którzy mieliby potencjał utrzymania się z własnej pracy.

Miryam

Ostatnimi laty, gdy atmosfera antychrześcijańska narastała w Egipcie, radykałowie z Bractwa Muzułmańskiego wzięli pod lupę  zbyt dobrze funkcjonujące Centrum, które w roku 2013 objęło pomocą 3 000 osób, proponując różne programy, z kinem filmowym włącznie. Aż 65 % uczniów stanowili muzułmanie. Rodziny islamskie stanowiły 70 % osób korzystających z działalności Centrum dla niepełnosprawnych. Coraz bardziej radykalizująca się społeczność Bractwa zaczęła jednak szykanować muzułmanów za uczestnictwo w przedsięwzięciach prowadzonych przez niewiernych.

Miryam, 17 letnia sparaliżowana dziewczyna w burce, przyjeżdżała z odległej wioski, by nauczyć się żyć o własnych siłach i poznać nowych przyjaciół z podobnymi problemami. Ojciec przełamał barierę wstydu i widząc córkę coraz bardziej szczęśliwą i samodzielną mimo swego kalectwa. Całym sercem popierał projekt obcych mu kulturowo księży. Jednak pewnego dnia kierowca Centrum, również muzułmanin, przestał przyjeżdżać do wioski, by zabierać Miryam do szkoły. Miejscowi członkowie Bractwa z wioski zagrozili mu bowiem śmiercią, jeśli jeszcze raz zawiezie ich wierną do jaskini chrześcijańskiego zła. Ojciec dziewczynki, również analfabeta, biedny, jak prawie wszyscy w tutejszych wioskach, przyszedł pieszo do Jezuitów w centrum miasta Minia, by zapytać co się stało, dlaczego jego córka została przez nich odrzucona. Abuna Magdi, opowiadający mi tę historię, przedstawił zatroskanemu ojcu szantaż Bractwa z jego wioski wobec kierowcy, pracownika Centrum. Twardy muzułmanin zapłakał, po chwili jednak przyszła mu myśl, że będzie na plecach nosił swą córkę 3 kilometry do głównej drogi, by nikt we wiosce nie widział, że wsiada do jezuickiego samochodu. I tak silny rolnik, nosząc na własnych plecach, później wożąc na osiołku, doprowadzał swą córkę Myriam, by mogła uczyć się samodzielności, mimo swoich ograniczeń. Wszystko trwało i rozwijało się do feralnego dnia 14 sierpnia 2013.

Czas pożogi

Obserwując w mediach tzw. Arabską Wiosnę można było obserwować próby sił dwóch wizji islamskiego społeczeństwa, radykalnej i umiarkowanej. Po licznych starciach, konfrontacjach, przejmowaniu władzy i ruchawkach politycznych, 14 sierpnia o piątej nad ranem wojsko, reprezentujące umiarkowaną drogę, spacyfikowało protestujący tłum radykalnego Bractwa Muzułmańskiego w Kairze. O dziewiątej zaś zaczęły się już masowe ataki na chrześcijańskie kościoły i instytucje, szczególnie w regionie Górnego Nilu – El Fayoum, Minia, Assyut.

Pod kościół Jezuitów w Minia przyszli około dziesiątej. Rozwydrzeni młodzieńcy przywiezieni z innego miasta zaczęli obrzucać kościół z centralną figurą Serca Pana Jezusa kamieniami, by powybijać szyby i wrzucić Koktajle Mołotowa. Hinduski Jezuita opowiada mi jaką czuł bezradność wobec tak rozjuszonego tłumu: „Modliliśmy się, o dziwo wszystkie butelki z ochrzczoną benzyną gasły i wpadały do kościoła i kaplicy, jak granaty niewypały. Budynki są całe w drewnie, wystarczyła jedna butelka z oryginalną nieochrzczoną benzyną i byłoby po nas. Nie wychodziliśmy z domu przez miesiąc.” Jeszcze bardziej podekscytowani swoją nieskutecznością w rozboju, wyrwali krzyż z bramy wejściowej i nim niszczyli wszystkie witryny sklepowe chrześcijan z sąsiedztwa, wnętrza doszczętnie paląc. Nawet krzyż, znak zbawienia w ich rękach stał się niebezpieczny, bo nienawiść i zaślepienie zniekształca wszystko czego się dotyka i czym się posługuje.

Nie będąc w stanie sforsować solidnej bramy wejściowej do kościoła, młodzi najemnicy przenieśli się na drugą stronę jezuickiej posesji, by zaatakować Centrum Edukacyjne dla Niepełnosprawnych. Przeskoczyli mur, wykradli cały sprzęt elektroniczny i urządzenia lekkie do wyniesienia, by po godzinie czteropiętrowy budynek piętrowy puścić z dymem. Pierwsza zawaliła się sala kinowa, gdzie młodzież za darmo poznawała różnorodność światowej kultury. Tym razem mogła zobaczyć, już nie na ekranie ale na żywo, konsekwencje nienawiści inności.

Dziś widzę tu resztki zgliszczy, rysują się granice fundamentów z wystającym zbrojeniem. Gruzy prawie wywiezione, z boku posesji ułożone resztki instalacji klimatyzacji, które wskazują, że budynek zbudowano w najwyższym standardzie. Spalone autobusy szkolne i przystosowane dla niepełnosprawnych motorowery przypominają niemiłosierną pożogę. Jedynie nad drzwiami niezniszczonego aneksu widnieje podpalony, ale nie całkiem zniszczony napis – WEBA CLASSES. „To na pamiątkę naszej pierwszej uczennicy Weba, chorej psychicznie, która ukończyła program formacyjny” – mówi z lekką nostalgią Abuna Magdi, odpowiedzialny za wspólnotę i projekt. Patrzę na lekko podpalony napis i myślę, że nie przypadkiem ostał się właśnie ślad początków ich chrześcijańskiego zaangażowania, na rzecz najbardziej potrzebujących, by wychodząc z szoku po tym co się stało, podnieśli Centrum ze zgliszczy i dalej budowali mosty człowieczeństwa między ludźmi różnych religii. Niestrudzeni Jezuici mają już w głowie plan, część funduszy i niezłomną nadzieję, że to jedyna droga budowania pokoju.

Idziemy na chwilę do miasta. Widząc jak Abuna Magdi jest pozdrawiany z szacunkiem przez muzułmanów na ulicy, dworcu kolejowym i aptece nie mam wątpliwości, że to słuszna droga budowania braterstwa, przez ewangeliczną miłość. Uczniowie jego szkoły, rodziny upośledzonych dzieci i ich wszyscy znajomi już wiedzą, że chrześcijaństwo nie jest dla nich zagrożeniem. „Nasi muzułmanie nie mogliby nas spalić, Bractwo Muzułmańskie dobrze to wiedziało, dlatego grupy bojówek przyjechały z innych miast”, dodaje Jezuita.

Powrót do normalności

Znacznie ograniczona możliwość przyjmowania uczniów w Jezuickim Centrum, ze względu na zrujnowany budynek, uświadamia muzułmanom, jak sami tracą na zaślepieniu i próbie dopuszczenia do władzy grup ekstremistycznych. Ich dzieci mają teraz mniejsze możliwości, bo ich starsi koledzy zniszczyli im jedno z najlepszych miejsc edukacyjnych. Zaślepienie w wierze może doprowadzić do autodestrukcji kiedy traci się sprzed oczu dobro człowieka. Dla wielu jeszcze godność człowieka jest dziwacznym wymysłem niewiernych. Nie rozumiejąc, że cała kultura chrześcijańska opiera się na fundamencie humanizmu, bo Bóg wcielił się i nigdy człowiek nie może być dodatkowym balastem na drodze wiary w Boga.

Młodzi ekstremiści świadomie manipulowani przez swych politycznych przywódców nie rozumieją chrześcijańskiego geniuszu u odrywają dobro człowieka od świętej woli Bożej.

„Oni chcieli nie tylko zemsty za polityczne rozruchy w stolicy, ale szukali sposobu by nas sprowokować do wyciągnięcia broni. Byli pewni, że ją mamy i użyjemy skoro od wieków tu żyjemy pod presją. Byłoby to początkiem wyczekiwanej przez nich wojny. Reakcją była jednak cisza, niezwykła cisza. Egipski Jezuita podnosi zmęczoną głowę znad cytrynowego soku i dodaje – „Zwyciężyliśmy ciszą, brakiem przemocy.” Obok siedzący przy filiżance herbaty Hinduski Jezuita interpretuje tę ciszę również niemocą i paraliżującym lękiem: „Najmniejsze wychylenie przed szereg groziło w tamtych dniach śmiercią. Trzeba było liczyć tylko na Pana, mało kto odważył się na aktywną pomoc czy jakąś formę oporu. Wyczekiwanie w ciszy i modlitwie były jedynym sposobem by przetrwać”. Wieczorną dyskusję kończy przełożony Magdi: „Przemoc rodzi jedynie przemoc, nigdy nie możemy się do niej posunąć.”

Na koniec idziemy do kaplicy wspólnoty. Pod miniaturowym koptyjskim ikonostasem, pomiędzy ikonami ze scen Ostatniej Wieczerzy Pańskiej i Jezusowego Obmywania Uczniom Nóg, widać kamienny ołtarz z śnieżnobiałym obrusem pokrytym grubą folią chroniącą przed wszędobylskim kurzem. Na nim zaś, obok krzyża leżą cztery niewielkie kamienie, Mogę sobie tylko wyobrazić w jaki sposób one tu się znalazły patrząc na okno z nowymi szybami o przypadkowych kolorach. „Te kamienie na ołtarzu to, żeby nie zapomnieć co tu się stało przed rokiem, prawda?” – pytam szukając potwierdzenia. Abuna Magdi spoglądając na ikonę Obmycia Nóg doprecyzował, „aby nie zapomnieć modlić się za tych, którzy je nam ofiarowali…” Pomyślałem, że jednak chrześcijaństwo jest szaleństwem, wręcz cudownym zaślepieniem miłością…

 

28. Teresa nad Nilem

Nairobi, 19.08.2014

Przemierzając kraje począwszy od źródeł aż do ujścia Nilu widzę jak francuska karmelitanka jest na różne sposoby obecna i czynna w tym regionie. Jej brawurowe pragnienia realizują się z rozmachem godnym wielkości jej pragnień. „Chciałabym przebiegać ziemię, głosić Twe Imię i umieszczać Twój chwalebny Krzyż; jedno posłannictwo mi nie wystarczy chciałabym w tym samym czasie głosić Ewangelię w pięciu częściach świata aż po najbardziej odległe wyspy (....) Chciałabym być misjonarką nie tylko przez kilka lat, ale począwszy od założenia świata aż po jego kres (...) A nade wszystko, Umiłowany mój Zbawicielu, chciałabym dla Ciebie przelać krew do ostatniej kropli (B 3r).

W Burundi, kraju źródeł Nilu, duchowe córki Świętej z Lisieux od lat trzydziestych XX wieku ewangelizują i przemierzają kraj stawiając krzyże Chrystusa w krainie tysiąca wzgórz i strumyków propagując duchowość pokory, zaufania i prostoty w relacji do Boga. Nie jest to jedno z wielu zgromadzeń zakonnych, ale pierwsze burundyjskie założone dla potrzeb lokalnego Kościoła. Duch Teresy unosi się więc nad źródłami Nilu i dochodzi aż do jego ujścia w delcie Nilu w Egipcie, gdzie Teresa ze swoim duchem prostego zaufania do Boga podbiła serca tysięcy Egipcjan, nie tylko Koptów ale i muzułmanów.

Kocha

Metro wybudowane przez francuskie firmy w prawie 20 milionowej aglomeracji Kairskiej chodzi jak w zegarku. W alfabecie arabskim i łacińskim na niebieskim tle starannie wypisane nazwy stacji. Choć trudno zapamiętać egzotycznie brzmiące imiona bohaterów historii Egiptu to dzięki łacińskim literom można się jakoś zorientować co do kierunku podróży. Jednak dreszczyk niepewności pozostaje. Może przydatnym byłoby rozwiązanie, zważywszy na poziom analfabetyzmu w Egipcie i znajomość arabskiego wśród turystów, zastosowane w równie potężnej aglomeracji i nowoczesnym metrze w Mexico City, gdzie przy nazwach stacji umieszczono symbole, np. piramida, motyl, ptak, itd. Na rozkładzie stacji linii metra w Kairze w towarzystwie takich tuzów jak Nasser, Mubaraka, pojawia się imię chrześcijanki, a do tego nie Egipcjanki, ale francuskiej karmelitanki. Stacja nosi nazwę - Sainte Teresa. Obecność skromnej karmelitanki w tym do głębi muzułmańskich realiach, co najmniej zaskakuje. 

Gdy Karmelici przybyli do Kairu ze skromną misją zorganizowania przystanku dla przyszłych misjonarzy Czarnej Afryki, nie wyobrażali sobie z pewnością jak Boża Opatrzność pokieruje ich dobrymi choć skromnymi pragnieniami. W 1925 budują drewnianą kapliczkę Matki Bożej Szkaplerznej na przedmieściach Kairu w dzisiejszej dzielnicy Shoubra. W czasie Terezjańskiego tajfunu zsyłania róż z nieba po całym świecie, trudno sobie wyobrazić, by karmelici z Francji przyjechali bez figurki ich kochanej siostry, coraz bardziej popularnej karmelitanki z Lisieux. Bracia zrobili co do nich należało, pokazali ludowi skarby duchowe, które posiadali, a ludzie wybrali. Coraz chętniej przychodząc pod figurkę świętej Tereski zaczęli doznawać szczególnej jej opieki, zobaczyli w niej duchową siostrę. Abuna Patrick, włoski karmelita z Kairu, tłumaczy sukces Tereski nad Nilem duchową sympatią. Ubrana podobnie do kobiet muzułmańskich, swoim rozbrajającym uśmiechem stworzyła relację zaufania, bliskości, wręcz duchowej poufałości. Cuda dopełniły dzieła. I tak z czasem drewniana kaplica dedykowana Matce Bożej Szkaplerznej stała się miejscem szczególnego kultu patronki misji. Dziś stoi tu imponująca Bazylika znana w całym Egipcie. W krypcie pod ołtarzem znajduje się kopia figury świętej z bocznej kaplicy Karmelu w Lisieux.

Łatwo rozróżnić przychodzących tu chrześcijan od licznych muzułmańskich pielgrzymów. Ci ostatni nie zwracają uwagi na sacrum świątyni, tylko udają się prosto do krypty, do ich katolickiej przyjaciółki duchowej. Nieduża krypta wypełniona wotami mówi sama za siebie, muzułmańskie imiona bowiem wypełniają kaplicę. Abuna Patric powtarza kilkakrotnie, jeśli cierpisz to nie pytasz skąd twój lekarz i gdzie studiował, chwytasz się każdej możliwości, i tak się stało z Tereską. Ludzie z ust do ust przekazywali osobiste doświadczenia ze Świętą. Na początku poprzez liczne przyjaźnie chrześcijańsko-muzułmańskie umęczone kobiety przekazywały swe duchowe odkrycie. Później już muzułmanie między sobą opowiadali o dziwnie skutecznej przyjaciółce Boga. Jednym słowem, wieść się rozeszła i siłą rozpędu przechodzi z pokolenia na pokolenie. Dziś piękne, młode nastolatki, ukrywające rytualnie swe włosy - symbol kobiecego piękna i niedostępności - biegną do Małej Świętej przed ważnymi szkolnymi egzaminami, by prosić o wstawiennictwo.

Z pewnością do poznania Świętej przyczynili się liczni muzułmańscy egipscy muzycy, którzy wypraszali łaski uzdrowień w tej krypcie. Na przykład Abdel Halim Hafez, na którego pogrzebie cztery zdesperowane fanki popełniły samobójstwo, do dziś niedościgniony idol muzułmańskich pokoleń, przed operacją w Londynie przyszedł do Shoubra, bynajmniej nie do karmelitańskiego szpitala, ale do małej przyjaciółki Boga niezwykle skutecznej w rozwiązywaniu ludzkich kłopotów, by pokornie prosić o cud. Za piosenkarzem wykonującym patriotyczne i muzułmańskie utwory przyszli i fani będący zaintrygowani tym, czego ich idol szukał w katolickim kościele.

Liczni muzułmanie, nie znający chrześcijańskiej doktryny do dziś mylą Teresę z niezwykle w Egipcie szanowaną wśród muzułmanów, Maryją Dziewicą, Matką Proroka Jezusa. Myślę, że Maryja o tę właśnie pomyłkę się nie obraża i o swą pozycję w muzułmańskim Egipcie nie jest zbyt zazdrosna. W Karmelu powtarzamy historię z życia Wielkiej Teresy, kiedy to nastoletni Jezus objawił się jej we śnie.  Młodzieniec zapytał karmelitankę, - Kim jesteś? Odpowiedziała z dumą, jestem Teresa od Jezusa, a Ty, dopytała? Ja jestem Jezus od Teresy. W kontekście egipskim uprawnioną byłaby parafraza, kiedy to Maryja przedstawia się jako Miriam od Małej Teresy.

Takie miejsca budują wspólnotę doświadczenia Boga i wiary, w trudnej przecież koegzystencji chrześcijańsko-islamskiej. Liczni muzułmanie w duchowej jedności wraz z chrześcijanami podejmują przykładowo trzytygodniowy post przed uroczystością Wniebowzięcia Maryi, by głęboko przeżyć wspólne święto. W maryjnym sanktuarium Deronkah, 10 minut jazdy od Assyout, 21 sierpnia na dzień Wniebowzięcia, muzułmanie składają w ofierze baranki mówiąc, że to przecież ich Święta Miriam, o której z takim uszanowaniem pisze ich Święta Księga Koranu. Wspólne doświadczenia budują  najbezpieczniejszą drogę budowania pokoju. Wspólne punkty odniesienia to solidne mosty nad przepaścią.

Nie kocha

Nie wszyscy jednak tę wspólnotę już odkryli. Ci co palą chrześcijańskie świątynie, zabijają wyznawców Chrystusa w imię fundamentalistycznego wyobrażenia o ich religii nie czują duchowej więzi ni sympatii, dostrzegają raczej niebezpieczeństwo inności. Święta Teresa, przyjaciółka wielu muzułmańskich braci, podzieliła los wielu prześladowanych chrześcijan. Na fali ubiegłorocznych ataków na chrześcijańskie świątynie również franciszkańskiego Kościół Świętej Teresy w Assyout nie ominęło spalenie.

Po dwóch godzinach jazdy pociągiem linii Minia-Assyout wysiadam, szukając drogi do franciszkańskiego sanktuarium. W muzułmańskim mieście imię karmelitanki jest rozpoznawane, bez dodatkowych tłumaczeń wszyscy wiedzą, gdzie znajduje się jej kościół. Przed wejściem uzbrojona policja prosi o dokumenty, skrupulatnie wczytując się w nazwisko. Ochrona zagwarantowana przez egipski rząd to standard przy świątyniach zaatakowanych na fali antychrześcijańskich rozruchów w ubiegłym roku. Nad przypalonymi drzwiami wejściowymi do klasztoru, na osmolonej ścianie, o dziwo nietknięte duże zdjęcie Jana Pawła II, uśmiechniętego, młodego, z żywym spojrzeniem, z dnia inauguracji niepowtarzalnego pontyfikatu. Z osmolonych drzwi wychodzi uśmiechnięty egipski franciszkanin. Wie, że przyjadę, dlatego niezaskoczony proponuje w drugim zdaniu włoską kawę expresso z tradycyjną szklanką zimnej wody mineralnej.

Grupa młodych muzułmańskich ekstremistów wdarła się do klasztoru od strony ogrodu i pokoi dla studentów mieszkających przy klasztorze. Na szczęście nikt nie zginął, ale pokoje zostały kompletnie zniszczone. Przechodząc przez długi korytarz franciszkańskiego klasztoru dostali się do zakrystii. Mszałami i szatami liturgicznymi rozpalili solidne ognisko liturgiczne, ściany do dziś osmolone są pamiątką tego bezeceństwa. Dumni z dobrze wykonanego zadania udali się do kościoła by zabrać się za figury świętych. Rozpoczynając od strony ołtarza, na początku padło na świętego Józefa, Antoniego, Ritę, by na końcu zatrzymać się przy patronce świątyni, kopii figury św. Teresy z Lisieux.

Nie wiem czy niezbyt przyjazne zbliżenie rozpoczęli od dłoni, stóp czy szyi, ale jedno jest pewne, kontakt nastąpił za pomocą młotków i maczet. Porzucone odcięte dłonie i stopy dopełniały obrazu spalonej świątyni. Podcięta szyja próbowała przekonać zaślepionych piromanów, że Teresa wreszcie zostanie zneutralizowana i już nie zagrozi nikomu swą świętością, że już nie pociągnie kolejnych muzułmanów za sobą. Dziś, choć kościół jeszcze nie odmalowany i figur św. Rity i Józefa jeszcze brakuje, franciszkańscy kustosze rozpoczęli powrót do normalności od dorobienia Teresie prawej dłoni i stopy. Gipsowej próbie może brakuje artystycznego kunsztu, ale przynajmniej ukazuje, że Teresa na nowo jest gotowa pomagać, że ponownie chce mieć ręce pełne płatków róż rozsypując je po muzułmańskiej ziemi. Franciszkanie dokleili też głowę zaklejając miejsca cięć na szyi białym niepomalowanym gipsem i czekają na pielgrzymów odnajdujących na nowo mosty chrześcijańsko-muzułmańskie.

Teresa, która pragnęła zostać w jednym życiu Doktorem, Apostołem i Męczennikiem realizuje swe pragnienia w pełni. W tym symbolicznym miejscu dostrzegam jak święta niewinność, dobro i prostota mogą drażnić i rozbudzać wręcz bezinteresowną nienawiść. Teresa dzieli w tym punkcie los chrześcijan wystawionych na niebezpieczeństwo z powodu Chrystusowego Krzyża. Rozpalona pragnieniami karmelitanka wraz z miejscowymi wierzącymi stawiają symboliczne krzyże nad Nilem poprzez bycie marginalizowanymi i prześladowanymi. Wioski i miasteczka wzdłuż Nilu w Górnym Egipcie usiane są owymi niewidzialnymi znakami chrześcijańskiego radykalizmu.

Szanuje

Jadąc z Alexandrii do Kairu nie potrafiłem odmówić sobie krótkiego postoju w historycznym klasztorze Ojców Pustyni Nitryjskiej, u św. Makarego. Przejęty muzułmański kierowca z Alexandrii obwieszony złotem, z różańcem przy lusterku i Koranem na szybie obiecał zatrzymać się w pobliżu klasztoru. Nie uwierzyłem mu na słowo, że wie co obiecuje, ale jako że nigdy na pomocy ludzi w Egipcie się nie zawiodłem, podróżując po nie turystycznych miejscach, więc i tym razem zaufałem. Słońce praży niemiłosiernie, minibus powoli dopełnia się pasażerami i bagażami. Z werwą ruszyliśmy po 20 minutowym oczekiwaniu, by po wyjeździe z miejskich korków odkryć ukrytą ambicję kierowcy, za wszelką cenę nie pozwolić się wyprzedzić nikomu, a wszystkich oglądać znikających w pokolorowanym lusterku. Po dłuższym czasie ścigania się po trasie szybkiego ruchu, zaczynam puszczać wici w samochodzie, że poszukuję klasztoru. Jeden z pasażerów oznajmił, że prawdopodobnie wie o jakim miejscu mówię i gdzie powinienem wyskoczyć z samochodu. Kierowcy wyraźnie ulżyło. Po godzinie szaleńczej jazdy przy mobilizującej arabskiej muzyce, kierowca wyraźnie zwolnił do 110 km/h, rozglądając się w każdym kierunku w poszukiwaniu jakiegokolwiek znaku klasztoru. Gdy po około 10 km. ukazała się po prawej stronie potężna tablica informująca, że jesteśmy przy klasztorze św. Makarego przy głównej trasie Alexandria-Kair, kierowca zapiał z zachwytu. Z pośpiechu i podekscytowania, zostawiając mnie przy wysokim krawężniku na trasie wypełnionej rozpędzonymi busami i tirami, zapomniał o zapłacie, ja zresztą też. Po czterech minutach marszu aleją palmową w kierunku historycznego monasteru o początkach sięgających IV wieku, bijącego serca egipskiego monastycyzmu, zabrałem się auto-stopem, by przed zachodem słońca dostać się pod niewielką metalową bramę w potężnym murze okalającym trzy świątynie i kompleks klasztorny ze 140 mnichami pracującymi na posiadłości o powierzchni pięciu tysięcy hektarów.

Podpytując ostrożnie czy jest gdzie się zatrzymać na noc, dowiaduję się, że mnich wraz z przyjaciółmi, którzy zabrali mnie tu, wieczorem jedzie do Shoubra, dokładnie tam gdzie mieszkam, przy Bazylice świętej Teresy w Kairze. Umówiliśmy się na godzinne zwiedzanie klasztoru i wieczorną podróż do stolicy. Lepiej trafić już nie mogłem. Abuna Domadios, współczesny koptyjski mnich egipskiej pustyni mówiący swobodnie po francusku i angielsku jest duchowym synem Abuny Matta El-Meskeen’a, odnowiciela monastycznego życia na egipskiej pustyni w XX wieku. Ten klasztor chylił się już ku upadkowi jak większość w Egipcie, sześciu ostatnich mnichów trwało na posterunku bez większej nadziei na powrót do czasów dawnej świetności. Po 50 latach duchowej pracy aptekarza z Kairu, klasztor wypełnił się nie tylko młodymi mnichami, ale i świeżym duchem, niezwykłej otwartości na katolicyzm i duchową jedność ze światem chrześcijańskim. Dziś odrestaurowany i rozbudowany wypełnia się rzeszą pielgrzymów, szukających duchowego wsparcia u boku ludzi z doświadczeniem Boga. Darmowa herbata i rozmowy z brodatymi mnichami w czarnych czapeczkach z wielkimi krzyżami na piersiach ujmują coraz większą ilość ludzi przyjeżdżających z Kairu. Bliskość autostrady dosłownie granicząca z posiadłością klasztoru ułatwia kontakt z wyciszonymi ojcami współczesnej pustyni.

Jadąc powoli przegrzewającą się starą mazdą do Kairu mamy czas na rozmowę. Pytam o Teresę, Abuna Domadios z lekkim uśmiechem przebijającym się spod obfitej i jeszcze nie siwej brody, wyraźnie pobudzony mówi, „Przecież my prawie wszyscy w klasztorze czytamy jej pisma, nie tylko po arabsku.” Czyli znacie Karmel?  „Wielu braci jest admiratorami Jana od Krzyża, przecież to klasyka chrześcijańskiej duchowości”, stwierdził bez żadnej egzaltacji. Zostało mi tylko zgodzić się z koptyjskim rozmówcą, nie kryjąc jednak szczerego zaskoczenia. Widząc moją nie ukrywaną reakcję wyciąga z lekko nadtartej torby mały smartfon, dość zgrabnymi kliknięciami otworzył swój profil na facebooku pokazując mi zdjęcia św. Teresy od Dzieciątka Jezus z ulubionymi cytatami. Zamurowało mnie kompletnie.

Czytając wieczorem jedno z podstawowych dzieł Abuna Matta El-Meskeen, Skrucha, już się nie dziwiłem. Za niezwykle głębokimi w swej prostocie zdaniami pulsowała ewangelia o twarzy Teresy, ewangelia darmowej Bożej miłości ofiarowanej grzesznikom, nie za ich dobre uczynki, ale z czystej potrzeby kochania tego co słabe i kruche. „Teresa dla nas to nie tylko Święta od cudów, jak ją postrzegają Egipcjanie, czy to chrześcijańscy czy muzułmańscy, to święta od bliskości z Bogiem.” – tłumaczy mi koptyjską percepcję karmelitańskiej doktryny mnich w drodze z pustyni do 20 milionowej metropolii.

Matta el Meskeen, Mistrz duchowy rzeszy młodych mnichów, pierwszy wstępujący do klasztoru z wyższym wykształceniem aptekarz, przekroczył charakterystyczną dla wcześniejszych ojców pustyni duchowość wysiłkową, opartą na umartwieniu, czasami wręcz egzaltowaniu się dziwacznymi formami ascetyzmu. Oparł duchowość pustyni na czystym przesłaniu ewangelicznym. „Nawet najbardziej surowa asceza nie jest w stanie wymazać choćby jednego grzechu. Nie możemy odpokutować choćby najmniejszego popełnionego przewinienia, jeśli owa surowość pozbawiona jest miłości do Boga i ufania darmowej łasce, która płynie jedynie z przelanej krwi Chrystusa.”[1] 

Abuna Matta pisze jednoznacznie, że ludzkość znała już w swej historii pierwsze wieki silnej wiary ożywionej erą męczeństwa, zaś przed sobą ma jeszcze epokę skruchy i miłosierdzia, która będzie nie mniej kwitnącym okresem duchowego przebudzenia ludzkości. „Skrucha jest bowiem drugim zwycięstwem wiary i sama w sobie jest już świadectwem (…). Skrucha rozpoczyna się, kiedy spoglądamy na piękno Boga, a nie tylko brzydotę naszego grzechu, kiedy odczuwamy Chwałę Boga, a nie jedynie naszą marność. Skruchą nie jest tylko płacz nad grzechem, ale radość i komfort płynący z zaufania w Boską przebaczającą miłość.”[2] To najlepsza droga do budowania jedności, nie tylko między odłamami chrześcijaństwa, ale i wszystkimi ludźmi szukającymi w wierze drogi do prawdziwego Boga.

W samochodzie młody mnich z prastarej pustyni powtarza nieustanie, że tylko miłość i pokój mogą nas połączyć i że prawdziwa świętość łączy, zaś grzech dzieli. Ufam, że i muzułmanie doświadczający cudów za pośrednictwem Teresy, pewnego dnia sięgną po jej mądrość, odkrywając prostą drogę do Boga, poprzez pełne zaufanie w jego miłosierdzie. I sami zapragną być dla swych braci i sąsiadów gwarantem miłości i pokoju.

 

[1] Profil Facebook poświęcony Abba Matta el Meskeen.

[2]Ibid.

«« | « | 1 | 2 | 3 | 4 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Pobieranie...

Reklama

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Reklama

    Reklama