Notatki z Sołowek

Wyspy Sołowieckie są jednym z symboli ubiegłego stulecia. Tutaj stworzono pierwszy obóz koncentracyjny, a dziesiątki tysięcy więźniów stanęło przed próbą swego człowieczeństwa. Wyruszyłem tam, aby doświadczyć historii zapisanej w przestrzeni wysp.

Aby dostać się nad Morze Białe, odbyłem długą podróż. Zaczęła się w Petersburgu, dokąd doleciałem samolotem. Później razem z konsulem generalnym Andrzejem Chodkiewiczem z Petersburga, Natalią Bryżko-Zapór, dyrektorem tamtejszego Instytutu Polskiego, oraz Adamem Hlebowiczem z IPN dwa dni jechaliśmy przez Karelię z przystankami w Krasnym Borze i Sandarmochu. Na leśnych polanach, gdzie pochowano tysiące ofiar Wielkiego Terroru, szukaliśmy polskich śladów. Ostatnim etapem była przeprawa promem z Kiemi na Wielką Sołowiecką. Leży w Zatoce Oneskiej nad Morzem Białym i jest największą spośród wysp i wysepek Archipelagu Sołowieckiego.

Monastyr Przemienienia Pańskiego

Klasztor z dominującym nad wałami obronnym wieżami soborów najlepiej wygląda od strony morza. Jak przed wiekami potężny prawosławny monastyr stanowi duchowe, społeczne i gospodarcze centrum wyspy. Na Sołowki, jak mówią Rosjanie, przez wieki przybywali carowie, mędrcy, święci i łajdacy, szukając tam prawdy o sobie i otaczającym ich świecie. Mnisi sołowieccy rozwinęli oryginalną hodowlę bydła, eksperymentowali z melioracją oraz uprawami zbóż, które mogły zrewolucjonizować rosyjskie rolnictwo. Na początku XX w. stworzyli jedną z pierwszych radiostacji kościelnych. Na wyspach działał wielki ośrodek wydawniczy i naukowy. Rocznie przybywało tu ponad 30 tys. pielgrzymów, dla których stworzono wygodną bazę noclegową. Bolszewicy zniszczyli ten świat, a mnichów przegnali. W 1923 r. na trzech największych wyspach archipelagu – Wielkiej Sołowieckiej, Anzer i Zajęczej – założyli Sołowiecki Obóz Specjalnego Przeznaczenia (SŁON). Jego centrum stanowiły zabudowania monastyru, zwane Kremlem, gdzie umieszczono więźniów oraz administrację. Łagier sołowiecki stał się wzorem dla innych sowieckich obozów koncentracyjnych, a później niemieckich.

Archipelag Sołowiecki w pigułce

Grupa wysp położonych w Zatoce Oneskiej na Morzu Białym Przynależność państwowa: Federacja Rosyjska Powierzchnia łączna: 347 km² Ludność: około 1000 osób Język: rosyjski Religia: prawosławie Waluta: rubel Wyjazd: paszport (potrzebna wiza rosyjska) Jak dotrzeć: np. samolotem do Petersburga, a następnie pociągiem do Kiemi i dalej promem na Wielką Wyspę Sołowiecką

Po jego likwidacji w 1939 r. Wielka Sołowiecka stała się bazą sowieckiej marynarki wojennej. Status cywilny odzyskała dopiero w 1990 r. Wtedy wrócili na nią mnisi. Obecnie w monastyrze Przemienienia Pańskiego oraz w kilku mniejszych klasztorach – pustelniach (tzw. skitach) na Wielkiej Sołowieckiej, Anzer oraz Zajęczej mieszka blisko 80 mnichów, 20 z nich ma święcenia kapłańskie. Jest także kilkunastu nowicjuszy. Wszyscy oni przybywali z całej Rosji. Wielu ma wyższe wykształcenie, pochodzi z inteligenckich rodzin z Moskwy i Petersburga.

Krótki sezon

Trzy miesiące – tyle trwa sezon turystyczny na Sołowkach i w tym rytmie toczy się całe życie. Stałych mieszkańców jest niedużo, około tysiąca. Wielu z nich jesienią jedzie na stały ląd. Od grudnia do kwietnia archipelag jest odcięty od świata. Można tam tylko dolecieć samolotem. Jednym z głównych pracodawców na wyspie jest Muzeum Krajoznawcze, zatrudniające ok. 140 osób. Drugim jest monastyr, którego służba pielgrzymkowa zajmuje się pątnikami. Mnisi pracują jako przewodnicy, kierowcy oraz przygotowują pielgrzymom wyżywienie. Ruch turystyczny i pielgrzymkowy jest coraz większy. W ubiegłym roku Sołowki odwiedziło ok. 30 tys. gości, w tym 10 tys. pielgrzymów. Dla nich organizowane są nawet specjalne rejsy z Petersburga i Moskwy.

Lonia, student z Petersburga, recepcjonista w jednym z pensjonatów, na Sołowki przyjeżdża w czerwcu. Pracuje do września i zarabia na pozostały czas. – Bilans byłby lepszy – mówi – ale utrzymanie na wyspie jest drogie. Wszystkie ceny są kilkakrotnie wyższe aniżeli na stałym lądzie. Jednak chętnych do spędzenia tu wakacji nie brakuje. Sołowki zaczynają być teraz modne na Zachodzie – przekonuje. – Gościmy Finów, Norwegów, zdarzają się i Polacy. Przyciąga dzika przyroda, egzotyka. Czasem idą na wycieczkę tematyczną o łagrze, którego historię poznali z lektury Sołżenicyna. Rosjan ten temat interesuje mniej – dodaje.

Łagier? Jaki łagier?

SŁON istniał w latach 1923–1939. Wielu szczegółów jego funkcjonowania nadal nie znamy. Pracownicy Muzeum oprowadzający po wystawie w łagiernym baraku zastrzegają, że dane na planszach są szacunkowe. W obozach i podobozach siedziało ok. 100 tys. więźniów z blisko 50 narodów. 75 proc. stanowili Rosjanie, kolejne grupy to Żydzi i Polacy. Zginęło ich co najmniej 12 tys., ale być może nawet do 20 tys. Umierali na skutek strasznych warunków bytowych, epidemii tyfusu oraz egzekucji. W 1937 r. kilka tysięcy więźniów przetransportowano promami do Kiemi, a później pociągami powieziono w głąb Karelii. Ponad tysiąc z nich rozstrzelano w Sandarmochu koło Miedwieżjegorska. Gdzie zginęli inni, nie wiadomo. Już w 1939 r. NKWD zaczęło zacierać ślady zbrodni. Z badań Anny Pietrownej, historyka z sołowieckiego muzeum, która była naszym przewodnikiem, wynika, że obozowe akta personalne przewieziono do Moskwy i zniszczono. – Ustaliliśmy personalia zaledwie 5 tys. ze 100 tys. więźniów – mówi ze smutkiem.

Mariusz Wilk w głośnej książce „Wilczy notes” napisał, że ślady SŁON-u widać na Sołowkach co krok, „zarówno w landszafcie, jak i w ludzkich głowach”. To się zmieniło. Ślady zniknęły – poza muzealnym barakiem. W trzech pozostałych mieszkają tubylcy. Miejscowych, którzy pamiętaliby łagier, praktycznie już nie ma. Ofiarom SŁON-u poświęcona jest część wystawy w monastyrze. Koncentruje się jednak na prawosławnych więźniach. Na Sołowkach siedziało 80 najważniejszych hierarchów rosyjskiego Kocioła prawosławnego oraz kilkuset kapłanów i świeckich. Wielu z nich zmarło albo zostało zamordowanych. Większość pielgrzymów i turystów nie zwiedza jednak ekspozycji w baraku. – Łagier… jaki łagier, pytają młodzi Rosjanie szukający na wyspie adrenaliny oraz kontaktu z naturą. Wyjątkiem są krewni więźniów – mówi Masza, przewodniczka z muzeum. Są dociekliwi, chcą zobaczyć miejsca cierpienia ich bliskich. Nie jest ich jednak wielu.

W Rosji po aneksji Krymu zmieniła się polityka historyczna. W ramach „wstawania z kolan” zaniechano rozliczeń z epoką stalinowskiego terroru. W niedawno przeprowadzonej ankiecie większość Rosjan uznała Stalina za najwybitniejszą postać w ich historii. – Wstyd mi za nich – komentuje ten wynik Masza.

Niechciana modlitwa

O pamięć ofiar SŁON-u stale upomina się Memoriał. Jego działacze 6 sierpnia zebrali się przy Kamieniu Sołowieckim w ramach Dni Pamięci Ofiar Wielkiego Terroru. Była młodzież z różnych rejonów Rosji, czterech konsuli, zabrakło natomiast przedstawicieli władz oraz miejscowych. Kiedyś bywało inaczej. Po krótkich przemówieniach poszliśmy na miejscowy cmentarz. Tam we wspólnym grobie w latach 90. złożono szczątki więźniów. Ceremonia ograniczała się do położenia na mogile kamieni przyniesionych przez młodzież. Nieoczekiwanie jedna z prawosławnych zakonnic zaproponowała, abyśmy wspólnie pomodlili się za ofiary łagru. Jednak szefowa petersburskiego Memoriału Irina Flige sprzeciwiła się temu. – W łagrze siedziało wielu niewierzących i przekonanych ateistów. Z pewnością nie chcieliby, aby się za nich modlono – stwierdziła. Wtedy nasza trójka (Chodkiewicz, Hlebowicz i ja) wsparła zakonnicę. Także kilku Rosjan poprosiło o modlitwę. Gdy się skończyła, polski konsul zaproponował modlitwę w języku polskim. Odmówiliśmy „Wieczny odpoczynek...”. Gdy skończyliśmy, po litewsku zaczęli się modlić obecni na cmentarzu Litwini. Później Żydówka odmówiła kadisz. Modlitwa okazała się najbardziej naturalnym sposobem włączenia zmarłych i zamordowanych w naszą pamięć. Na koniec Flige poprosiła o chwilę ciszy za niewierzących. Incydent uświadomił jednak narastające od dłuższego czasu napięcia między Memoriałem a monastyrem. Jego działacze, skądinąd bardzo zasłużeni dla badania zbrodni stalinowskich, postrzegają szerzony przez Cerkiew kult „nowych męczenników” za próbę zawłaszczania pamięci o wszystkich ofiarach sołowieckiego łagru. Ponieważ państwo rosyjskie nie stworzyło własnych rytuałów, trwa spór pomiędzy chrześcijańską formą pamięci a tymi, którzy każdy znak religijny w tej przestrzeni traktują jak intruza.

Na Anzer

Wyspa Anzerska oddzielona jest od Wielkiej Sołowieckiej salmą, czyli cieśniną, gdzie morze często jest wzburzone. Mnisi przybywali na Anzer od XVI w., szukając samotności, której coraz mniej mieli w monastyrze, gdzie żyło ich coraz więcej i przybywały rzesze pątników. Dla nas to miejsce ważne. W latach 20. i 30. ubiegłego wieku osadzono tam ponad 30 księży katolickich, w tym wielu Polaków.

Centrum życia duchowego na wyspie jest najwyższe wzgórze Archipelagu Sołowieckiego nazwane Golgotą. Tam w XVII w. zbudowano klasztor i kościół pod wezwaniem Ukrzyżowania Chrystusa. W latach 1923–1939 władze łagru urządziły w klasztorze obozowy lazaret. Na pryczach ustawionych w trzech piętrach, aż po dach świątyni, chorowali, a często dogorywali kapłani oraz inni więźniowie przywiezieni na Anzer. Misterium Golgoty dopełniła męka więźniów łagru. 20 lat temu wróciło tu życie monastyczne. Obecnie w dwóch wspólnotach na Anzerze żyje 10 mnichów oraz kilku nowicjuszy (posłuszników). Dostać się tam nadal jest trudno. Trzeba mieć specjalne zezwolenie z monastyru, transport oraz dobrą pogodę. Na Anzer, poza statkami czarterowanymi dla pielgrzymów, nic nie pływa. Nie można tam spożywać mięsa, gdyż taka reguła obowiązuje miejscowych mnichów.

Zgodę na odwiedzenie wyspy uzyskaliśmy dzięki Annie Pietrownej. Losy wyprawy ważyły się do końca. Dzień wcześniej silnie wiało, padał deszcz i wszystkie rejsy odwołano. Rano nic nie zapowiadało, że popłyniemy. Z nieba waliła ściana deszczu. Koło południa przestało i mogliśmy wyruszać. Popłynęliśmy motorówką o nazwie „Skit”, prowadzoną przez Saszę. W zatoce było spokojnie, ale na morzu żarty się skończyły. „Skit” stawał dęba, zmagając się z falami i bocznym wiatrem. Na domiar złego wyszła mgła, ograniczając widoczność do kilku metrów. W kabinie było urządzenie radiolokacyjne, ale w pewnym momencie ekran zszarzał, ja pewnie też. Na szczęście po dwóch godzinach dobiliśmy do zatoki Kaporskiej na wyspie Anzer. Na Golgotę prowadziła malownicza droga wśród jezior i lasów. Dojść nie było jednak łatwo, gdyż okolica jest bagnista, a komary odporne na smarowidła i areozole. Gdy tam dotarliśmy, okazało się, że świątynia jest już odbudowana. Nie ma śladów po łagiernej przeszłości. Tylko ikony kanonizowanego przez Cerkiew bp. Piotra Woroneskiego, zwanego patriarchą sołowieckim, który skonał w lazarecie w 1929 r., przypominały o grozie tamtych dni. Do kaplicy Trójcy Świętej (Troickiej) na północnym cyplu wyspy, gdzie trzymano naszych księży, już nie doszliśmy. Zmierzchało się i trzeba było wracać.

Bliżej Boga

Na Golgocie spotkaliśmy młodego człowieka. Aleksy okazał się trudnikiem, a więc wolontariuszem, który nie podjął jeszcze decyzji o życiu we wspólnocie zakonnej, ale mieszka już z mnichami i nowicjuszami. Później dowiedziałem się, że latem na wyspy przyjeżdża nawet 200 trudników. Aleksy na Sołowki przyjechał przed rokiem. Zimę przeżył w skicie na Siekirnej Górze, gdzie w czasach łagru był karcer – mordownia budząca grozę wszystkich więźniów. Wspominał, że nawet dzisiaj pobyt tam był trudnym doświadczeniem. Od czerwca mieszka na Anzerze we wspólnocie pod Golgotą. Pochodzi z Moskwy, gdzie był fotografem. Chrzest przyjął jako osoba dorosła. Dopiero jednak kiedy przeżył nawrócenie, postanowił wyrwać się z Moskwy. Jego ojciec duchowy poradził mu, aby został trudnikiem na Sołowkach. – Chciałem – mówi – oczyścić głowę. Nie wiem, czy zostanę mnichem, ale z pewnością tutaj dojrzewam.

– Co szczególnego jest w tym miejscu, że do monastyru przybywa rzesza pielgrzymów, trudników oraz nowicjuszy? – pytam archimandrytę Januarego, przełożonego wspólnoty sołowieckiej. Jego droga na wyspę także nie była prosta. Pochodzi z Kijowa. Wychował się w rodzinie niewierzącej. Ukończył fizykę na Moskiewskim Uniwersytecie Państwowym. Chrzest przyjął w wieku 25 lat. Sołowiecki monastyr wskazał mu jego ojciec duchowy. W 1996 r. po raz pierwszy stanął na wyspie. – Jest rosyjskie powiedzenie, że do wyschniętego źródła ludzie nie przychodzą – zaczął, odpowiadając na moje pytanie. – Jeśli jednak ludzie od ponad 500 lat tutaj przychodzą, to znaczy, że otrzymują duchowe łaski. Pytanie: co otrzymują? Wiele o tym myślałem, ponieważ ze względu na funkcję mam częsty kontakt z przybywającymi tutaj ludźmi. Odpowiedź sformowałem w czasie rozmowy z policjantem. Sprawdzając moje dokumenty na lotnisku w Archangielsku, zapytał, czy lecę w gości na Sołowki. Nie, odpowiedziałem, mieszkam tam i żyję. „Jak się żyje na Sołowkach?”, zapytał. Przypomniałem sobie wówczas dialog zapisany we wspomnieniach łagiernych pisarza Borisa Szyriajewa. Na punkcie etapowym w Kiemi Szyriajew spotkał się z wracającym z obozu pisarzem Mikołajem Niestierowem i zadał mu takie samo pytanie jak mnie policjant na lotnisku, czyli jak się żyje na Sołowkach. Niestierow odpowiedział, że nie trzeba się bać, gdyż na Sołowkach Chrystus jest blisko. To samo powiedziałem policjantowi. Okazał się jednak człowiekiem bystrym i zapytał: „Czy w innych miejscach Chrystus jest daleko?”. Nie pamiętam, co mu odpowiedziałem, ale myślałem o tej rozmowie podczas lotu na Sołowki. Oczywiście Chrystus jest blisko nas wszędzie. Tam, gdzie człowiek się modli, tam Chrystus jest blisko niego. Ale są na ziemi miejsca, gdzie człowiek szczególnie czuje i rozumie, że Chrystus jest blisko. Nikt racjonalnie tego nie wytłumaczy, ale ludzie wierzący nie mają co do tego żadnej wątpliwości. Czują i wiedzą, że Chrystus tam jest blisko nich. Wszyscy przybywający na Sołowki podkreślają, że odkrywają tutaj jakiś nieznany wymiar swego życia duchowego. Zdarzają się także cuda, ale to są wydarzenia wyjątkowe. Natomiast powszechne jest odkrywanie nowej duchowej siły. Skąd bierze się ta siła na Sołowkach, nie wiem. To tajemnica. Z pewnością jednak ludzie, którzy tu przybywają, rzeczywiście są bliżej Boga – mówił archimandryta.

Gdy na promie odpływającym z Sołowek widziałem łzy w oczach pielgrzymów spoglądających w stronę znikającego na horyzoncie monastyru, pomyślałem, że archimandryta trafnie ujął fenomen tego miejsca. •

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Pobieranie...

Reklama

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Reklama

    Reklama