Wciąż słyszą strzały

Już prawie 1,5 mln osób z Sudanu Południowego znalazło schronienie w obozach dla uchodźców w sąsiedniej Ugandzie. Dotarliśmy do Palabek, gdzie żyje ok. 40 tys. ludzi.

Do modlitwy za uchodźców z Sudanu Płd. wezwał ostatnio papież Franciszek. Większość uchodźców stanowią kobiety i dzieci. W Ugandzie obozów dla uchodźców jest kilka. Największe to Bidi Bidi, skupiające blisko 300 tys. osób, i Rhino Camp, gdzie schroniło się prawie 250 tys. ludzi. Obóz Palabek znajduje się w dystrykcie Lamwo na północy Ugandy. Zaczął się rozwijać w kwietniu 2017 r., gdy nasiliły się mordy na ludności cywilnej we Wschodniej Ekwatorii – jednym z dziesięciu stanów Sudanu Płd. Obecnie blisko tysiąc osób tygodniowo przekracza ugandyjską granicę, uciekając przed wojną domową. – Byłem tu, gdy to się zaczęło. Rejestrowałem tych ludzi. Wcześniej nic tu nie było, nawet drogi, tylko busz. A teraz popatrz, jak się rozbudowało – wskazuje David Kidaga, ugandyjski pracownik socjalny w Palabek. – Ziemię przekazała lokalna wspólnota – dodaje. Opowiada, że w Palabek uchodźcy mają zapewnioną darmową edukację, otrzymują fasolę, a nawet kawałki wołowiny i olej. – Ludzie tu życzliwi, a ziemia żyzna. Uchodźcy mogą zostać, jak długo tego potrzebują. A kto chce, może odejść.

Betty kruszy kamienie

Wojna w Sudanie Płd. trwa od 2013 r., z krótkimi epizodami kolejno łamanych rozejmów. W jej następstwie blisko 3 mln osób straciło domy, kilkadziesiąt tysięcy zginęło, a kraj dotyka katastrofalna klęska głodu. Konflikt wybuchł dwa lata po uzyskaniu niepodległości od arabskiego Sudanu, rządzonego islamską ręką Umara al-Baszira, ściganego za zbrodnie ludobójstwa przez Międzynarodowy Trybunał Karny. Chrześcijańskie Południe zmarnowało jednak swoją szansę, wpisując się w mroczny scenariusz politycznych i etnicznych walk. Toczą się one między Dinkami, reprezentowanymi przez prezydenta Salvę Kiira, a Nuerami, popierającymi odsuniętego z urzędu wiceprezydenta Rieka Machara. Gwałty, okaleczenia, werbowanie dzieci, zabójstwa, rabowanie mienia – tego dopuszczają się obie strony. Cierpią cywile. Uciekają przed rządową SPLA (Sudan People’s Liberation Army) i rebelianckimi oddziałami IO (In Opposition). Oyet Odek, Bridgite Adiko i Betty przybyli do Palabek 3 kwietnia 2017 roku. Oyet i Bridgite byli rolnikami. Betty miała męża. Uciekli, gdy we wsi pojawiły się siły rządowe. – Przyszli ok. 6.30 i zaczęli strzelać. Powiedzieli nam, że jesteśmy rebeliantami, choć nie mieliśmy z nimi nic wspólnego. Zabili wielu ludzi. Strzelali nawet do dzieci.

Oyet i Bridgite należą do grupy etnicznej Aczoli, tej samej, która zamieszkuje północ Ugandy. – My jesteśmy Aczoli, a większość rządowych to Dinka. Oni zabijają Aczoli – mówi Oyet. – Jeśli mówisz coś przeciw rządowi, jeśli krytykujesz, zostaniesz zabity. Nie chcą, abyś dopominał się o swoje prawa. Aresztują cię, a potem zabiją – dodaje.

Oyet i Bridgite przez trzy dni uciekali w kierunku granicy. – Teraz życie jest dobre, ale tu są problemy z wodą. A do jedzenia jest tylko fasola. Jak będzie pokój, wrócimy do siebie. Ale teraz, gdy pójdziesz na pole, to cię zabiją, a kobiety zgwałcą.

Betty w Palabek kruszy i sprzedaje kamienie. W ten sposób zarabia na życie. Jest tu z trojgiem dzieci i swoją matką. – Tu już jest dobrze. Już nie boję się tych z IO. Zabijali w okrutny sposób. Rządowi podobnie – mówi. O czym myśli? – O powrocie do domu. Jeśli będzie pokój. O to się modlę – mówi. I kruszy kamienie.

Rosie z Jeruzalem

Obóz jest podzielony na strefy, a te – na bloki. Strefy mają swoje nazwy nadane przez mieszkańców. Rosie mieszka w… Jeruzalem. Prowadzi tu „restaurację”. To namiot zbudowany z gałęzi pokrytych plandeką z nadrukiem UNHCR. Rosie krząta się, uśmiecha, serwuje duszonego, chudego kurczaka z fasolą. W Sudanie miała „wielki sklep” z towarami codziennego użytku. – Gdy tu przyszłam, nic nie było. Zaczęłam chodzić do buszu po drewno, aby wybudować to miejsce.

Jest wdową. Ma córkę i trzech synów. Męża straciła w 2008 r. W obozie zaczęła gotować poszo (mąka kukurydziana) i sprzedawać. – Mój cały dobytek w Sudanie został zniszczony. A tu życie bardzo trudne – przyznaje. Mówi, że do Sudanu nie wróci. Czy wierzy, że nastąpi pokój? – Nie wiem, to Bóg wie, nie ja – odpowiada.

Nie boją się Boga

Philipa spotykam w strefie Świętego Krzyża, gdzie powstaje kościół. W Sudanie był nauczycielem. Pochodzi z miejscowości Pajok. – Naszą szkołę zniszczyły wojska rządowe. Rebelianci stacjonowali 20 km od miasta, wojsko oskarżyło nas o współpracę. Rabowali, zabijali cywilów, gwałcili kobiety. Uciekliśmy – wspomina.

Philip uciekał przez busz z dwojgiem małych dzieci.

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Pobieranie...
Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )