Wciąż słyszą strzały

Już prawie 1,5 mln osób z Sudanu Południowego znalazło schronienie w obozach dla uchodźców w sąsiedniej Ugandzie. Dotarliśmy do Palabek, gdzie żyje ok. 40 tys. ludzi.

Przy Świętym Krzyżu spotykam ks. Josepha Logura. Jest sekretarzem generalnym diecezji Torit w Sudanie Płd. – Ci tutaj to moi ludzie. Rządowi powiedzieli mieszkańcom Pajok: „Jesteście pod Macharem, nie będziecie działali przeciw nam”. Ludzie byli przerażeni. Dlatego uciekli. Teraz salezjanie zakładają tu wspólnotę. Budują kościół i szkołę, aby dać ludziom trochę normalności. Ale i tak życia w obozie nie można porównać z domem – mówi. O sytuacji w Sudanie opowiada: – Aresztują ludzi wzdłuż drogi, nie wiesz, kto jest kim, bo uniformy mają podobne. A cywile są niewinni. Boją się. W sierpniu 2017 r. walki się nasiliły. Już nie tylko Wschodnia Ekwatoria, ale również Centralna. Rząd i rebelianci walczą, a ludzie są celem. Ofiarami są dzieci!

Pytam o prezydenta, religię. – Salva Kir jest katolikiem. Jest w kościele w każdą niedzielę. Dlatego trudno zrozumieć te działania – przyznaje ks. Logura. – Biskupi wzywają prezydenta do zaprowadzenia pokoju, Kościół próbuje mówić prawdę, ale ci, którzy walczą, pozostają głusi. Dlatego to nie przynosi skutku – konkluduje ks. Logura.

Dodaje, że na terenie diecezji Torit niszczone są kościoły i szkoły. – Oni nie boją się Boga. Ludzie uciekają do kościołów, ale walczący niszczą je. I gdzie się wszyscy skryją?

Philip Okumu, diakon i pracownik Czerwonego Krzyża w Palabek, dodaje: – Siły opozycyjne przyszły do naszego seminarium. To było 3 kwietnia 2017 r. Akurat modliłem się w swoim pokoju. Kopnęli w drzwi i weszli. Wyrzucili Biblię i wystrzelili dwie kule. W kaplicy porozrzucali Najświętszy Sakrament. Oskarżyli mnie o pomaganie rządowym. Powiedziałem, że głoszę słowo Boże. Wtedy mnie pobili, a potem kazali uciekać. To byli żołnierze IO.

Nie mogliśmy żyć pod szariatem

Pod wieczór odwiedzam Waltera, katechistę z Pajok. – Już trzeci raz jestem uchodźcą – zaczyna swoją opowieść. Po raz pierwszy uciekał z Sudanu w 1966 r., w czasie zrywu wolnościowego Anyanya. W lokalnym języku madi znaczy „jad węża”. Była to koalicja kilku plemion, m.in. poróżnionych dziś Dinków, Nuerów i Aczoli, przeciw arabskiej dominacji w Sudanie. – Anyanya, jad węża, który zabija. Wojska rządowe nas wyparły. Siedem lat byłem wtedy uchodźcą, aż do porozumienia w Addis Abebie (1972), które zakończyło pierwszą wojnę domową w Sudanie – opowiada. Dziesięć lat po tym porozumieniu Arabowie ogłosili południowy Sudan muzułmańskim stanem z prawem szariatu. Rozpoczął się kolejny zryw niepodległościowy, który pośrednio zaangażował militarnie Ugandę. Na jego czele stanął dr John Garang, późniejszy prezydent południowosudańskiej autonomii. Garang uformował SPLA wespół z dzisiejszymi przeciwnikami – Salvą Kiirem i Riekiem Macharem. – Ale wtedy SPLA uważała, że ludzie z naszej miejscowości Pajok wspierają Arabów. To było w 1989 r. Znowu musieliśmy uciekać. Przez kolejnych 19 lat byłem uchodźcą – kontynuuje Walter. Wrócił do domu dopiero po porozumieniu podpisanym przed Garanga i rząd Umara al-Baszira (2005). Kiedy w 2011 r. Sudan Południowy ogłosił niepodległość, Walter świętował z rodziną w Pajok. – Ludzie byli szczęśliwi. Ale zaczął się kryzys wewnętrzny. I konflikt rozprzestrzenił się jak choroba – wspomina. W kwietniu 2017 r. ponownie musieli opuścić Pajok.

Czy dziś wierzy w pojednanie? ­– Puste słowa. Było porozumienie, ale jeden wystąpił przeciw drugiemu i społeczeństwo jest podzielone. Nie szanują porozumień. Dlatego nie ma żadnych szans na pokój – twierdzi.

Tak wiele traumy

Ojciec Lazar Arasu jest synem hinduskiego żołnierza. Urodził się w Himalajach, w Pradesch, północnym stanie Indii. Jest pierwszym salezjaninem, który rozpoczął duszpasterstwo w obozie w Palabek. – Nasz superior na początku 2017 r. poprosił, abyśmy zrobili coś dla uchodźców. 18 czerwca przyjechałem tu z ciekawości. Zobaczyłem około 500 osób modlących się pod drzewem. Byłem w szoku. Powiedziano mi, bym wrócił po tygodniu. Przyjeżdżałem co tydzień – opowiada z pasją. Wkrótce potem ludzie poprosili, aby zamieszkał z nimi. – Wybudowali mi mały dom i zacząłem tu mieszkać. Jestem z nimi od 8 miesięcy. Ruszyliśmy ze szkołą, mamy 7 kaplic. A ja jestem w kontakcie z 2 tys. osób co tydzień.

Ojciec Lazar zwraca uwagę, że 86 proc. ludzi w obozach stanowią kobiety i dzieci. – 60 proc. ma poniżej 13 lat. To głównie dziewczyny! Jeśli czegoś dla nich nie zrobimy, stracimy to pokolenie. Ale oni chcą działać, więc jestem szczęśliwy, że i my możemy coś zrobić dla tych – tak doświadczonych życiem – ludzi.

Poruszają go ich historie. – Oni wciąż słyszą strzały. Pewna matka opowiadała, że nie znalazła swego dziecka, ale ocaliła dziecko sąsiada. A gdy przybywają tu od granicy, widzę, jak wiele w nich traumy. To trudny widok. Mówią, jak ich złamano, okradziono… Są też dzieci, które szukają rodziców. Pytam je, skąd są, co chcą robić, a one zaczynają płakać…•

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Pobieranie...
Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )