Rozczarowani ekumenią?

Chrześcijanie są wciąż podzieleni, mimo ekumenicznych wysiłków. Co stało się z wielkimi nadziejami sprzed lat? Gdzie podziała się moc, z jaką Kościół rzymskokatolicki włączył się w ruch ekumeniczny po Soborze Watykańskim II?

Obchodzony wspólnie przez katolików i niekatolików Tydzień Modlitw o Jedność Chrześcijan skłania do pytań o stan dzisiejszej ekumenii. W pierwszych latach po Soborze Watykańskim II wielu wiernym wydawało się, że pojednanie Kościołów chrześcijańskich będzie możliwe – i to w krótkim czasie. W tym roku mija już 45 lat od ogłoszenia soborowego „Dekretu o ekumenizmie”, w którym można widzieć początek oficjalnego zaangażowania się Kościoła rzymskokatolickiego w ekumenizm. Spektakularnego pojednania Kościołów jednak nie osiągnięto. Kościoły chrześcijańskie wciąż są w drodze do jedności.

Zawiedzione ekumeniczne nadzieje

Sobór w „Dekrecie o ekumenizmie” nie tylko ustalił katolickie zasady ekumenizmu, ale wskazał również na sposoby praktycznego wprowadzenia ekumenizmu w życie. Cel ekumenicznego zaangażowania został sformułowany już w pierwszym akapicie dekretu: „jednym z zasadniczych zamierzeń Drugiego Soboru Watykańskiego Świętego Soboru Powszechnego jest wzmożenie wysiłków dla przywrócenia jedności wśród wszystkich chrześcijan”, ponieważ „brak jedności jawnie sprzeciwia się woli Chrystusa, jest zgorszeniem dla świata, a przy tym szkodzi najświętszej sprawie przepowiadania Ewangelii wszelkiemu stworzeniu”.

W ocenie soboru właściwy skandal polega na rozdarciu tego, co ze swej istoty jest niepodzielne, mianowicie Ciała Chrystusowego, którym jest Kościół. Jezus Chrystus jest „Głową dla Kościoła, który jest Jego Ciałem, Pełnią Tego, który napełnia wszystko wszelkimi sposobami” (Ef 1,22–23). On czyni z wiernych własne członki, obdarza ich różnymi charyzmatami (1 Kor 12,4–27). To Ciało jest jedno i jedyne. Tymczasem fakt podzielonego Kościoła czy też wielość Kościołów zdają się temu wyraźnie przeczyć.

Już prawie 45 lat po ogłoszeniu „Dekretu o ekumenizmie” odczuwa się historyczną i teologiczną presję w odniesieniu do ekumenicznej teraźniejszości i przyszłości: Co stało się z wielkimi nadziejami sprzed lat? Gdzie podziała się moc, z jaką Kościół rzymskokatolicki włączył się w ruch ekumeniczny po Soborze Watykańskim II? Gdzie dziś stoimy?

Korygując ostatnie pytanie, można odpowiedzieć: z pewnością nie stoimy. Ekumenizm jako proces pojednania chrześcijańskich Kościołów postępuje naprzód, choć czasami wbrew naszym wyobrażeniom i oczekiwaniom.

Nieważne różnice?

Wydaje się, że współczesny ruch ekumeniczny najbardziej cierpi z powodu nierealistycznych oczekiwań i przesadnych wymagań czy nawet żądań, które jako niespełnione w wielu przypadkach przemieniają się w rozczarowanie. To „rozczarowanie” ma jedną ze swoich przyczyn w „czarowaniu” innych lub siebie, jakby między różnymi Kościołami i wyznaniami nie istniały już żadne różnice w wierze, a te, które są, nie odgrywały większej roli. Oczarowanie czy zachwyt biblijną i soborową wizją jedności Kościoła zdają się dziś być często zamieniane w „czarowanie” – zaklinanie rzeczywistości, niedostrzeganie prawdy, wprowadzanie w błąd. Oczarowaniu teologicznemu czy ekumenicznemu obce jest tanie „czarowanie”. Autentyczny ekumenizm wymaga, by różne wyznania, w poczuciu wzajemnego szacunku, umiały przedstawić własną doktrynę i wskazać prawdy wiary, z których absolutnie zrezygnować nie chcą i nie mogą, gdyż one tworzą ich tożsamość. Teologiczne dialogi, dążąc do ustalenia czy uściślenia prawdy, winny zaś badać konfesyjne różnice i konfrontować przekonania jednej strony z pytaniami, które uwzględniają nauczanie inaczej wierzących. Prawda z zasady jest czymś większym od przekonań indywidualnych, grupowych czy konfesyjnych – chociaż może się też z nimi pokrywać.

Bez wątpienia jeden z wielkich problemów ekumenizmu polega dziś na tym, że w ostatnich latach, a właściwie dziesięcioleciach, teologiczne podstawy ekumenii uległy erozji. Wiedza o fundamentach chrześcijańskiej wiary ogromnie się skurczyła, a różnice w wierze wielu uważa się za coś względnego. Potwierdzają to dwie przeciwstawne reakcje, które coraz częściej można zaobserwować zarówno u ludzi świeckich, jak u duchownych: albo głosi się i praktykuje postmodernistyczną otwartość i dowolność, która teologiczne różnice między nauką poszczególnych Kościołów uznaje tylko za „szczegóły”, którymi nie warto za bardzo się przejmować, albo też głosi się i praktykuje skrajny konserwatyzm i konfesjonalizm, które są antyekumeniczne i zupełnie ignorują wyniki przeprowadzonych dotąd dialogów teologicznych.

Trzeba iść dalej

Dla formacji ogółu wiernych nie bez winy w tym względzie pozostaje treść niedzielnych homilii. Jeżeli przez lata z ambony głosi się tylko „nauki o miłości”, i to nie zawsze pięknej, jeżeli przez lata wierni nie mają okazji usłyszeć pogłębionego kazania katechizmowego o podstawowych prawdach wiary, to tym samym programowo otwiera się drogę do powierzchownej otwartości i dowolności lub form nowego tradycjonalizmu i konfesjonalizmu, z którymi zerwał Sobór Watykański II.

Wydaje się, że na obecnym etapie rozwoju ruchu ekumenicznego należałoby dalej iść drogą wyznaczoną przez sobór. Jest nią ekumenizm duchowy, który został nazwany „duszą całego ekumenizmu” – przez nawrócenie serca i życie zgodne z Ewangelią; ekumenizm teologiczny – przez dialogi doktrynalne, oraz ekumenizm praktyczny – przez różne formy ponadkonfesyjnej współpracy chrześcijan.

Te rodzaje ekumenizmu zabezpieczał długi pontyfikat Jana Pawła II, który kierując się pastoralną troską o jedność chrześcijan, powtarzał, że ekumenizm musi być „imperatywem chrześcijańskiego sumienia”, ponieważ realizuje arcykapłańską modlitwę Chrystusa: „aby byli jedno”. Można żywić nadzieję, że tą drogą będzie dalej szedł też Benedykt XVI, który już w swoim pierwszym przemówieniu do kardynałów zebranych w Kaplicy Sykstyńskiej 20.04.2005 r. powiedział, że jest świadom „pierwszorzędnego obowiązku”, by „ze wszystkich sił pracować nad przywróceniem pełnej i widzialnej jedności wszystkich uczniów Chrystusa”. Za słowami jednego i drugiego papieża z pewnością stoi przekonanie wiary, że ekumenia jest wspaniałym darem Bożego Ducha. Na Jego dary trzeba się otwierać. On zaś doprowadzi chrześcijan we właściwym czasie, dla nas dziś jeszcze zakrytym, do pełnej jedności.

Ks. Piotr Jaskóła, prof. teologii ekumenicznej na Uniwersytecie Opolskim, dyrektor Instytutu Ekumenizmu i Badań nad Integracją UO.

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Pobieranie...
  • discipulus
    18.01.2009 11:18
    Podoba mi się to jasne stawianie kwestii ekumenizmu.
    Na pewno mu szkodzi to ciągłe powtarzanie "kochajmy się" albo "bądźmy jedno".
    Ekumenizm duchowy (nawrócenie serc), ekumenizm teologiczny (wspólne poszukiwanie pełnej prawdy) i ekumenizm praktyczny (już dziś wspólnie działajmy i realizujmy Ewangelie w tym, gdzie się zgadzamy).
    To jest "to"!
    To może być już dziś!
  • P.St-K. Blajerowski
    19.01.2009 20:22
    Trudno mi określić się samemu, czy komentarz mój miałby być jednoznacznie dopowiedzeniem do linii zawartej w artykule... Zarazem jednak - też nie określę się jako przeciwstawienie. Taki może - kontrapunkt? Z jednej bowiem strony - choć oczywiście rozumiem, że ks. Profesor też jedynie nawiązywał do określonego typu kazań nie przeciwstawiając się samej idei głoszenia kazań o miłości - akurat mówiłbym, iż tych kazań za mało było, za płytkie może, skoro nieskuteczne... Niemniej właśnie przeciwnie: trzeba ich jeszcze więcej. Co nie zmienia faktu, że trzeba i katechizmowych homilii - nie rozumiemy ich chyba jednak jako zaprzeczenie miłości! Za mało więc: tych skutecznych o miłości, skoro jeszcze nie ma wśród "szeregowych chrześcijan" postawy proekumenicznej, wymuszającej na duszpasterzach i profesorach teologii działań ku zjednoczeniu! To oni, "masowi chrześcijanie", jak słynne przekupki dyskutujące na targu o tytule Matki Bożej: powinni wywierać presję, bo odczuwają codzienną potrzebę jedności chrześcijan. Dzisiaj w "zwykłej", czyli jedynie wśród katolików Mszy - na wstępie przypomniałem hasło, które nieraz głoszę, choćby w odniesieniu do domagania się, by nasze prawo coraz bardziej było oparte na Ewangelii, by ustrój był coraz bardziej nie tyle klerykalny, co teocentryczny. Nikt, kto z serca nie będzie popierał teokracji nie znajdzie się bowiem w niebie. Podobnie - nikt, kto hołubiłby podział chrześcijan w niebie nie zasiądzie. To jest pierwsza, podstawowa sprawa, dla ogółu katolików i chrześcijan! Odczuć tę właśnie potrzebę, naciskać na duszpasterzy - oprócz innych rzecz jasna potrzeb, niemniej w końcu w naszej masie, przynajmniej wszystkich wiernie uczęszczających na niedzielne Msze Św: przejąć się, boleć, że jeszcze nie ma tej jedności.
    To jest jeden wymiar, taki powszechny, jakiejś "mapy drogowej ekumenii", która jest potrzebna Kościołowi naszego Pana. Zahacza jednak ten wymiar - o bardziej powszechną sprawę, w ogóle o sprawę "mapy drogowej" w całości - a nie tylko w jednym elemencie. Wydaje mi się bowiem, że tego brakuje, takiego w ogóle szerokiego wyobrażenia sobie drogi ku zrealizowaniu jedności (jak napastnik, który przed strzeleniem bramki musi sobie wyobrazić drogę piłki do niej). Chodzi o drogę, etapy, czyli mapę drogową, zakładającą nawet nie "dojechanie do zjednoczenia". Chodzi o mapę dochodzącą aż do "jechania razem po zjednoczeniu", czyli dalszy etap po zjednoczeniu. Tymczasem - nasze wyobrażenia często nie wykraczają poza "gonienie króliczka", czyli poza etap "jak mamy działać, by postępowało, rozwijało się nasze przybliżanie". Przybliżanie. Zbliżenie bowiem, zjednoczenie, to już niemal w ogóle poza horyzontem. Czy poważamy się - na taką konkretną, choćby w wyobraźni, mapę drogową, zakładającą i "jechanie razem", jako etap następny po dojściu do zjednoczenia?
    Oczywiście, nie podejrzewam Profesora Teologii Ekumenicznej, by nie patrzył na tę przyszłość faktycznego zjednoczenia, do którego nota bene są potrzebne te kroki, o których pisze w artykule, czy wystrzeganie się tych błędów, na które też wskazuje, zupełnie słusznie. Nie do pomyślenia jest dla mnie też, by u innych ekumenistów w grę wchodziła jakaś taka ociężałość, jak u pracowników, którzy zaczynają obawiać się podświadomie o utratę miejsc pracy. Niemniej taką właśnie drogą często wkrada się mentalność dreptania w miejscu przy różnych projektach szumnie nazwanych zdobywaniem nowych terenów. Wiemy, jak zdobywać, tworzymy całe koncepcje, więc kultywujmy to właśnie - i najwłaściwszy kształt dla nas, to właśnie rozwijanie całej teorii, jak zdobywać. Nie zdobyć.
    Otóż, obawiam się właśnie, że dla niektórych takie hasło, by trzymać się tego, co Vat II daje, jak najbardziej słuszne - jednocześnie będzie wezwaniem, albo "przykrywką" to dbania o to, by dalej bynajmniej się nie posuwać, by jedynie kultywować praktycznie stan np. ekumenii na poziomie takim, jaki był w okolicach tzw. "odnowy soborowej".
    Innymi słowy - czy jest jakaś "mapa drogowa", która prócz trzymania się Vat II przewiduje jakieś etapy, w których jest i to, co dekret Soboru mówi - ale jest już i etap "osiągnięcia powszechnego głodu zjednoczenia u chrześcijan" - następnie etap przeprowadzania zmian instytucjonalnych w instytucjach wyznań, by stawały się wspólne; następnie: czy jako "etap konkretny" jest widziane jakieś faktycznei zjednoczenie, przynajmniej zmniejszenie odrębności? I następne etapy jeszcze: "jechania w zjednoczeniu", czyli funkcjonowania jakiegoś Kościoła, który nadal zachowując wyznania ciut analogicznie do różnicy obrządków, funkcjonuje najpierw jako jeden Kościół, gdzie różnie Piotr jest przyjmowany, niemniej wszędzie ma jakiś autorytet? Zarazem przecież - dla wszystkich jest to naprawdę jeden Kościół! W końcu - czy wierzymy w możliwość osiągnięcia i etapu, że jest to jeden Kościół pod przewodnictem Piotra, choćby różnie akceptowanym: i bynajmniej to nie koniec świata, tylko po prostu i po tym osiągniętym etapie: jeszcze dalej prowadzi normalny rozwój?
    Jak wspomniałem. Sądzę, że bez takiej mapy, bez uwierzenia, że jest możliwość osiągnięcia jakiejś jedności wyraźnej, choć jeszcze zróżnicowanej, to naprawdę grozi "gonienie króliczka".
    Jak też wspomniałem - jednym z punktów takiej mapy, na poziomie "powszechnym" jest osiągnięcie tego głodu, nacisku ze strony szeregowych chrześcijan, że im osobiście jest potrzebne dojście do jedności chrześcijan, chcą czuć Kościół Jezusa Chrystua jako podstawowy wyznacznik życia razem z innymi chrześcijanami. Bo chcą dojść do nieba - a tam nie będzie inaczej!
    Na poziomie zaś teoretycznym - to takim elementem wspólnym jest potrzebne chyba, w perspektywie tych etapów, o których pisałem powyżej - by doszło do jakichś deklaracji dwustronnych, akceptujących np. Kościół Rzymskokatolicki, że w swej doktrynie często jako przywódca wierność Ewangelii słusznie eksponował i przewodził dobremu nauczaniu a nie wszedł nigdy w wyraźne nauczanie błędu, nawet jeżeli czasem łączyło się to z zamieszaniem u wielu chrześcijan przejętych swą wiarą i nie do końca rozumieli wszystko jak rzymskokatolicy; niemniej, z jednej strony, to gdy następowały takie "zacieśnienia rzymskie słuszne", to jednak, co czasem było zaniedbane, warte były jednak ubogaceń, które można znaleźć w innych wyznaniach, często bardzo obficie - z drugiej strony jednak też wartością było samo to rzymskie staranie się o oddawanie w myśli Ewangelii przywództwa Piotrowego wśród chrześcijan jako składnika jakoś zaleconego przez Pana. W innej zaś patrząc perspektywie - także Kościół rzymskokatolicki potrzebowałby deklaracji, że z kolei ludzie innych wyznań, w swej masie, jako chrześcijańskie nurty, kościoły, gdy jako główny swój nurt przedstawiały wierność Jezusowi i Bogu w Trójcy Jedynemu, nigdy nie dokonały całkowitej zdrady odejścia zaprzeczającego, choćby nawet niektóre ścieżki nauczania powinny zamknąć - i w swej postawie odłamy te zachowały również nieraz większą wrażliwość na Ewangelię i wnoszą elementy warte podjęcia przez wszystkie odnawiające się wspólnoty, przez cały Kościół Pana. Tak jak napisałem, że sądzę, iż jest potrzebne w wymiarze "powszechności Kościoła", szeregowych chrześcijan ta masowa tęsknota, przekonanie o potrzebie zjednoczenia - tak w wymiarze instytucjonalnym, teologów, oficjeli, teraz opisany element chyba też jest konieczny, jeżeli chcemy wyjść ku "mapie drogowej", zakładającej i dojechanie do stacji "zjednoczeni" i zakładającej także dalszą jazdę w jedności.
    Oczywiście, nie mądrzę się tutaj, że tego wszystkiego w artykule ks. Prof. P. Jaskóły nie ma - jak i że nie są to myśli, które w innych pracach ekumenicznych już nie tkwią. Nie chodzi mi o odkrywanie Ameryki, jakby to czynił jeden facio wyskakujący z Konopi. Chodzi mi tylko o to, że czasem wśród takich poszukiwań bardzo trudnych ekumenicznych, wśród wypracowywania niełatwych formuł wspólnych, nakreślona z perspektywy "szarego chrześcijanina" panorama łatwiej może uzmysłowić istotne elementy. No i pozwoliłem sobie na to moje dopowiedzenie - właśnie z takiej perspektywy szarego chrześcijanina, który bez takiej refleksji "mapodrogowej" mógłby wyciągać z dyskusji o ekumeniźmie wnioski, których bynajmniej ekumeniści nie chcieliby wywodzić.
Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )