Być biskupem na Białorusi

Zawsze dziękuję tym wszystkim, którzy się modlili, szczególnie w Polsce, aby na Wschodzie dokonał się cud nawrócenia. I dokonał się bez przelewu krwi i rewolucji. Jest to prawdziwy cud fatimski – powiedział w rozmowie z KAI bp Władysław Blin.

W rozmowie ordynariusz diecezji witebskiej na Białorusi mówi o swojej posłudze, ciężkich początkach odradzającego się Kościoła w tym kraju, obecnej jego sytuacji i wyzwaniach, a także o swoich marzeniach.

Za KAI publikujemy tekst rozmowy.

KAI: Co to znaczy być biskupem na Białorusi?

Bp Władysław Blin: Jednoznaczne pytanie i jednoznaczna odpowiedź: Trzeba być apostołem! Na tych terenach apostołowanie jest nadal dziewicze. Przez 70 lat na Białorusi niszczono widzialną twarz Kościoła, czyli świątynie, równolegle niszczono człowieka, wcześniej rozstrzeliwano kapłanów lub wywieziono ich do gułagów. Ludzie nadal żyją jeszcze duchem komunizmu, który przez 70 lat im wpajano. Trzeba mieć wytrwałość i nalegać w porę i nie w porę, jak mówi św. Paweł, i być zawsze świadkiem Jezusa Chrystusa. To jest najlepszy sposób na ewangelizowanie.

Na czym ono konkretnie polega?

- Nasze ewangelizowanie może nie polega jeszcze na konkretnym głoszeniu wszystkim Ewangelii, gdyż do kościoła przychodzi stosunkowo mało ludzi. To my musimy wychodzić im naprzeciw, przede wszystkim do młodych i zachęcać ich do wspólnych wędrówek, śpiewu, uczestnictwa np. w konkursach malarskich, tworzenia teatrów i kółek zainteresowań. Musimy być z nimi, nie tylko w kościele, gdyż często w danym miejscu kościoła nie ma, ale w domu kultury, w salach wystawowych, na ulicach, na uniwersytecie... Jeśli się z nimi spotykamy w ten sposób, to oni zaczynają nas pytać: kim jesteś, co i jak robisz? Nawiązuje się dialog. My odpowiadamy i sami zadajemy pytania: dlaczego przyszedłeś do nas, dlaczego jesteś sam, nie masz żony, nie masz dzieci itp. Później pytamy głębiej, np. o sens życia. Wtedy ludzie ci zaczynają stawiać powolutku pierwsze kroki w wierze. Inicjowanie i prowadzenie takich spotkań obok głoszenia Ewangelii to jedno z najważniejszych zadań biskupa na Białorusi i wszystkich, kapłanów, zakonników, sióstr zakonnych i wiernych.

Dlaczego Ksiądz Biskup wybrał właśnie Białoruś?

- Mój „romans” z Białorusią zaczął się, dlatego że moi przodkowie pochodzą z terenów Białorusi. Po II wojnie światowej rodzinę wywieźli w bydlęcym wagonie do Koszalina. Dopiero w dniu święceń kapłańskich ojciec powiedział mi, że moja babcia nie chciała ruszyć się z Głębokiego i Zadoroża. Tam do śmierci została i tam jest jej grób. Ojciec powiedział także, że babcia bardzo by się cieszyła gdyby teraz mogła zobaczyć mnie jako kapłana, gdybym wrócił w rodzinne strony i tam głosił Ewangelię.

Nie dawało mi to spokoju. O powrocie można było tylko marzyć. Pierwsze lata pracowałem w diecezji włocławskiej, gdyż ukończyłem seminarium duchowne. Gdy tylko w latach 80. XX w. pojawiła się możliwość wyjazdów do Wilna, do sióstr eucharystek na Zwierzyńcu, od razu z niej skorzystałem. Zaczęliśmy organizować pobyty dzieci i młodzieży z Białorusi w Polsce. Siostry chodziły wtedy jeszcze bez habitów. Woziły mnie po całej Wileńszczyźnie. Jeździłem z nimi do Głębokiego i innych parafii, gdzie nie było księdza. Jakoś to wiązałem ze studiami na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim.

Przyszedł rok 1989, w którym Jan Paweł II mianował pierwszego biskupa dla Białorusi. Został nim bp Tadeusz Kondrusiewicz. Pojechał na święcenia biskupie do Rzymu, a mnie poprosił, abym przygotował mu ingres do katedry. Pamiętam ten wybuch szczęścia i radości. Główny plac w Grodnie i okoliczne ulice nie mogły pomieścić ludzi, którzy przybyli na uroczystość. Wtedy też, po raz pierwszy na tych terenach, wszystkie siostry, kapłani ubrali swoje habity i sutanny.

Przygoda z Białorusią rozpoczęła się optymistycznie...

- Był niesamowity zapał. Ludzie sami remontowali kościoły, stawiali kapliczki i robili wszystko, aby przybył do nich kapłan. Było nas zaledwie 30 księży na całej Białorusi. W niedługim czasie otrzymaliśmy piękny podarunek z Polski – przyjechało do nas 50 kapłanów, którzy zostali „wchłonięci” do pracy w zachodnich częściach kraju.

Natomiast na wschodzie kraju w ogóle nie było kapłanów. Wcześniej ludzie przyjeżdżali z tych terenów do Wilna, aby przyjmować choć raz w roku sakramenty. Niektórzy zabierali hostie w słoiku po konfiturach, aby później móc udzielić komunii konającym. Chrztów udzielały m.in. bardzo pobożne kobiety z Trzeciego Zakonu św. Franciszka. Na Boże Narodzenie 1989 r. wyjechałem na wschodnią Białoruś do Mohylewa. Pojechałem z myślą że pobędę tam przez ten okres, a potem wrócę na zachód. Jednak okazało się, że ludzie tak pragnęli kapłana, że zaczęli mnie zapraszać do Bobrójska, Mozyra, Homla, Połocka, Lepiela. Szybko się przekonałem, że moje miejsce nie jest na zachodniej lecz we wschodniej części kraju.

 

«« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Pobieranie...

Reklama

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Reklama

    Reklama