Rozróżnianie różnic

O sytuacji ekumenizmu, rozczarowaniach i nadziejach z nim związanych z ks. Sławomirem Pawłowskim SAC rozmawia ks. Tomasz Jaklewicz.

Ks. Tomasz Jaklewicz: Trwa Tydzień Modlitw o Jedność Chrześcijan. Na portalu ekumenizm.pl znalazłem opinię, że to festiwal uprzejmości, umizgów, pochód różnobarwnych tekstyliów, maraton ekumenicznych deklaracji, ale codzienność ekumeniczna jest dość ponura. Ksiądz się z tym zgadza?
Ks. Sławomir Pawłowski: – Patrzę na ten tydzień zupełnie inaczej. Sama modlitwa jest ważna i cenna. To, że w tym jednym tygodniu jest więcej ekumenicznych modlitw niż w ciągu roku, to jest coś dobrego. Ten tydzień wszedł na stałe do kościelnych kalendarzy i stał się normalnością.

Niektórzy mówią, że ruch ekumeniczny jest dziś w zastoju.
– Nie zgadzam się z taką opinią. Kard. Kurt Koch, szef Papieskiej Rady ds. Popierania Jedności Chrześcijan, posłużył się takim porównaniem: kiedy samolot startuje, wszyscy są pod wrażeniem, ponieważ jest przyspieszenie, oderwanie się od ziemi. Kiedy samolot jest już w powietrzu, wydaje się, że nic się nie dzieje, a tymczasem pędzi on z prędkością większą niż przy starcie. Podobnie jest z ekumenizmem. Powołanych zostało do życia wiele komisji ekumenicznych, które wypracowują uzgodnienia na forum światowym czy lokalnym. Co kilka lat pojawia się obszerna książka zbierająca owoce tych dialogów. W Polsce bardzo ciekawe efekty przyniósł np. dialog katolicko-mariawicki, 11 lat temu podpisano międzywyznaniową deklarację o wzajemnym uznaniu chrztu św., trwają prace nad deklaracją dotyczącą małżeństw mieszanych.

Jeśli ekumenizm jest w fazie stabilnego lotu do przodu, to czy pojawia się jakaś perspektywa lądowania? Po latach ruchu ekumenicznego jego cel wydaje się bardziej odległy niż na początku.
– Sobór mówi, że dzieło zjednoczenia chrześcijan przerasta ludzkie siły. Jest możliwe, że całkowite zjednoczenie nie nastąpi przed końcem świata, a pojednamy się dopiero w niebieskim Jeruzalem. Ale patrząc wstecz na przebyte kilkadziesiąt lat, widzimy, że nasze ślady są coraz bliżej siebie. Powodem pewnego rozczarowania może być to, że w latach 60. panowała zbyt optymistyczna wizja świata. Kiedy jednak zaczęliśmy rozmawiać ze sobą i lepiej się poznawać, okazało się, że pojednanie nie jest takie proste. Także w początkach ekumenicznej drogi w I połowie XX wieku nie dostrzegano złożoności sytuacji. Pojawiała się pokusa tzw. panchrystianizmu, czyli relatywizowania prawd wiary. Kościół katolicki między innymi z tego powodu odnosił się wtedy z dystansem do ekumenizmu. Teraz ekumenizm dojrzał w tym sensie, że zaczął bardziej szanować wagę depozytu wiary i tożsamość poszczególnych Kościołów.
Kiedy spotykamy innych, w naturalny sposób pytamy także o swoją tożsamość, o swoją wiarę.
– Kojarzy mi się z tym powiedzenie Khalila Gibrana. Ten libański myśliciel powiedział, że stworzenia bez kręgosłupa mają najtwardszą skorupę. Czyli kto ma kręgosłup, ten nie ma skorupy. Kto ma wysoką świadomość swojej wiary, ten nie boi się słuchać wierzących inaczej.

Od czasów Soboru Watykańskiego II pojawiły się nowe zjawiska w tradycji protestanckiej, np. błogosławienie związków homoseksualnych, akceptacja aborcji czy wyświęcanie kobiet. To chyba szkodzi ekumenizmowi.
– Owszem, pojawiły się nowe podziały. Ale dzięki tym zjawiskom nastąpiły też nowe zbliżenia. Na przykład sprzeciw wobec uznawania związków par homoseksualnych zgłosili adwentyści dnia siódmego czy baptyści. Powstała nowa mapa Kościołów, na której granice wyznaczają nie kwestie dogmatyczne, ale podejście do spraw moralnych. To niektóre Kościoły zbliża do siebie. Ostatnio część
anglikanów z tych powodów przechodzi do Kościoła katolickiego. Wprawdzie konwersja nie jest ekumenizmem, ale anglikanie nie przeszliby do Kościoła katolickiego, gdyby nie ekumeniczne otwarcie katolików. Więc pojawiają się także nowe możliwości jedności.

Ekumeniści uznają konwersję za akt antyekumeniczny.
– Do Soboru Watykańskiego II jedyną formą katolickiego ekumenizmu była konwersja. Mówiono: „jeśli chcecie jedności, to przyjdźcie do nas”. Sobór rozdzielił te dwie rzeczy, tzn. konwersję i ekumenizm, uznając jednak, że i jedno, i drugie należy do planów Bożych. Nie odrzucamy zjawiska konwersji, jeśli ktoś chce do nas przyjść, to go przyjmujemy. Uznajemy jednocześnie, że ekumenizm polega na tym, że każdy we własnej wspólnocie kroczy ku jedności.

Protestanci sami nie mają jakiegoś centrum jedności. To nie ułatwia dialogu.
– To prawda, choć trzeba przypomnieć, że prawosławie też nie ma jakiejś centralnej reprezentacji czy władzy. Patriarcha Konstantynopola pełni funkcje honorowe, nie jest zwierzchnikiem całego prawosławia. Więc kiedy te Kościoły czy Wspólnoty zbierają się w jakieś federacje, to trzeba się z tego cieszyć. Bo to ułatwia dialog na poziomie światowym.

Czy nie jest tak, że sam ruch ekumeniczny prowadzi do wniosku, że urząd Piotra jest niezbędnym elementem jednoczącym Kościół? Chrześcijanie mają swoje centrum w Chrystusie, ale potrzebują też widzialnego centrum.
– Wielu niekatolików dostrzega taką potrzebę. Na przykład anglikanie w jednym z dokumentów dot. dialogu, z lat 90., uznali, że gdyby doszło do zjednoczenia, to na wspólny punkt odniesienia najbardziej nadaje się urząd papieski. Różnice dotyczą odpowiedzi na pytanie, czy ten urząd jest z ustanowienia Bożego czy tylko z ustalenia między chrześcijanami. Katolicy wierzą, że z ustanowienia Bożego. Sporo protestantów zgodziłoby się, że ten urząd jest potrzebny i funkcjonalny, ale jest tylko ludzkim pomysłem. Jednak już samo uznanie, że ten urząd byłby pożyteczny, jest krokiem pojednawczym.

Jak to widzą prawosławni?
– Przyznają papieżowi prymat honorowy, ale nie prymat władzy. Warto wspomnieć, że chrześcijanie wschodni, którzy są w jedności z Rzymem, cieszą się sporą autonomią, zachowują swoją tradycję, patriarchaty same wybierają biskupów, a nawet patriarchów.

To jest może model przyszłej jedności?
– Gdyby doszło do zjednoczenia z prawosławiem, to taki właśnie model z możliwie największą autonomią patriarchatów wchodziłby w grę.

Klimat relatywizmu wisi dziś w powietrzu, którym oddychamy. Stąd może rodzić się pokusa: „kochajmy się, zostawmy na boku różnice”. Z drugiej strony pojawia się nurt fundamentalizmu, który wyklucza wszelki dialog.
– Sobór Watykański II przestrzegał przed tzw. fałszywym irenizmem, czyli sprzedawaniem prawdy za srebrniki „świętego spokoju”. Wielu ludzi może być uprzedzonych do ekumenizmu, bo sądzą, że on polega na takich właśnie kompromisach. Otóż nie. W dialogach doktrynalnych żadna ze stron nie musi się wyrzekać prawdy, którą uznaje za objawioną. W historii dokonuje się jednak pewien rozwój w interpretacji prawd wiary. Może się okazać, że te różnice między wyznaniami nie są tak duże, jak to się na początku wydawało, albo że są to kwestie różnic językowych.

Materiały na tegoroczny tydzień przygotowali chrześcijanie z Jerozolimy. A te na przyszłoroczny będą opracowane w Polsce.
– Już są opracowane. Jesienią 2009 roku Polska została o to poproszona. Powołano zespół międzywyznaniowy. Wybraliśmy hasło: „Wszyscy będziemy przemienieni przez zwycięstwo naszego Pana Jezusa Chrystusa” (to kompilacja 1 Kor 15,51 i 57). Akcent pada na przemianę i zwycięstwo, dochodzi tu do głosu historia naszego narodu. To echo słynnego kazania Jana Pawła II na placu Zwycięstwa w Warszawie z 1979 roku.

Pokojowy upadek komuny wydawał się niemożliwy, ale stało się. Dziś wydaje się niemożliwe zjednoczenie chrześcijan, ale dla Boga nie ma nic niemożliwego. Może to wyróżnienie naszego kraju zmobilizuje Polaków do szukania jedności w codziennym życiu.
– Lekcja, którą daje ekumenizm, to umiejętność rozróżniania różnic. Są takie, na które nie można się zgodzić, i są różnice uprawnione, które nie naruszają fundamentalnej jedności. To jest wielka sztuka. Ekumenizm mnie samego uczy słuchania z cierpliwością tych, z którymi się nie zgadzam. Tego nam bardzo potrzeba.

Gość Niedzielny 3/2011

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Pobieranie...

Reklama

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Reklama

    Reklama