Egzekucja wśród gruzów

Jerzy Szygiel

GN 16/2014 |

publikacja 17.04.2014 00:15

Męczeństwo 75-letniego o. Fransa van der Lugta, holenderskiego jezuity z Homs, pogrążyło w żałobie nielicznych już chrześcijan w zachodniej Syrii.

Ojciec Frans van der Lugt  przed klasztorem jezuitów w Homs. Zdjęcie zrobiono  2 lutego 2014 r. Dwa miesiące później 7 kwietnia przed tym samym klasztorem ojciec Frans został zamordowany przez islamskich bojowników z ugrupowania powiązanego  z Al-Kaidą MOHAMMED ABU HAMZA /AFP PHOTO/east news Ojciec Frans van der Lugt przed klasztorem jezuitów w Homs. Zdjęcie zrobiono 2 lutego 2014 r. Dwa miesiące później 7 kwietnia przed tym samym klasztorem ojciec Frans został zamordowany przez islamskich bojowników z ugrupowania powiązanego z Al-Kaidą

Można go jeszcze zobaczyć na kilku filmach wideo na YouTubie. W styczniu tego roku o. Frans, jak wszyscy go nazywali, zaczął nagrywać krótkie apele po arabsku i francusku. Szczupły mężczyzna o łagodnym głosie, ciągle w tym samym szarym sweterku, spokojnie opisuje sytuację: „Został tu nasz klasztor i stoi jeszcze osiem chrześcijańskich świątyń, ale jest już tylko kilkudziesięciu chrześcijan. (…) Wokół mnie prawie wszystkie domy są zniszczone. Boję się o tych, którzy wariują z głodu. Ludzie mają zmęczone twarze, w kolorze wosku. Umierają z braku jedzenia, błąkają się po ulicach w poszukiwaniu żywności dla dzieci. Rano jemy oliwki i pijemy herbatę, wieczorem próbujemy gotować zupę z zielska rosnącego między ulicznym brukiem”. Ojciec Frans wraz z kilkoma klasztornymi braćmi opiekował się lazaretem, w którym leżało 28 rannych i inwalidów. To starcy, kobiety i mężczyźni, którzy ze względu na swój stan nie mogli być ewakuowani. Kiedyś w tej dzielnicy mieszkało blisko 60 tys. chrześcijan. W połowie lutego było ich łatwo policzyć – zostało 66 osób. O. van der Lugt był ostatnim Europejczykiem obecnym w otoczonym przez wojsko starym mieście w Homs. Nigdy się nie skarżył, choć żył w oblężeniu już od trzech lat. Zaczął nagrywać swoje filmiki, kiedy z głodu zmarło pierwszych 8 osób. Na jednym z nich jego słowa przerywa wyraźnie słyszalna, niedaleka eksplozja, ale o. Frans nie zwrócił na to uwagi. Na mniej więcej 2 kilometrach kwadratowych gęstej zabudowy starego miasta bojownicy Frontu Al-Nosra od lat bronią swego Emiratu Homs. Front Al-Nosra to lokalna gałąź Al-Kaidy, ciągle dozbrajana i dożywiana z przemytu. Syryjskie wojsko wyzwoliło większość miasta już w 2012 r. W pozostałych dzielnicach trwa niemal normalne życie, ale stare miasto pozostaje otoczone przez czołgi. Wojsko nie przypuszcza frontalnego ataku, by oszczędzić cywilów, którzy stali się faktycznymi zakładnikami kilku tysięcy zdeterminowanych Syryjczyków, Jordańczyków, Libijczyków i Irakijczyków, z których składa się Al-Nosra. Wśród cywilów większość stanowią muzułmanie. 90 proc. chrześcijan zostało zmuszonych do opuszczenia swoich domów już dwa lata temu. Dziś los cywilnych muzułmanów i chrześcijan ze starego miasta wygląda tak samo. Czasem wojsko przepuszczało do klasztoru niewielki transport z żywnością, czasem muzułmanie przynosili do lazaretu kilka kilogramów mąki z przemytu. O. Frans był zwolennikiem dzielenia się jedzeniem bez względu na religię. Jako psychoterapeuta z wykształcenia, mógł wnikliwie obserwować psychiczne skutki wojny: „Coraz więcej mieszkańców cierpi psychicznie: neurozy, napady paniki, epizody psychotyczne i schizofreniczne, paranoje. Próbuję im pomóc, ale nie analizując, bo przyczyny są oczywiste i nie ma tu żadnego rozwiązania. Mogę ich tylko wysłuchać, dać coś do jedzenia, jeśli akurat mamy”.

Dwie kule

W poniedziałek rano, 7 kwietnia, do klasztoru przyszło kilku uzbrojonych islamistów. Wyciągnęli o. Fransa z budynku i zaczęli go bić. Dobili go dwiema kulami w głowę, gdy zakrwawiony leżał na ziemi. W lutym mógł wyjechać, to była ostatnia okazja. ONZ wynegocjowała wtedy ewakuację części mieszkańców. Nastąpiła przerwa w ostrzale, 1400 osób opuściło stare miasto. Ale on, jak zwykle, został: „Mieszkam w Syrii od prawie pięćdziesięciu lat. Poznałem gościnność i dobroć Syryjczyków. Teraz, kiedy ci ludzie cierpią, chcę i muszę być solidarny. Byłem z nimi w dobrych czasach, zostanę z nimi, kiedy cierpią”. Dlaczego musiał zginąć? Al-Nosra nie wydała żadnego komunikatu, nie ogłosiła żadnego wyroku. Może nie spodobały się jego filmiki wideo, może przeszkadzał szacunek, którym cieszył się wśród muzułmanów. Wojna w Homs trwa już czwarty rok. Tak się składa, że miasto Homs łączy się również z polską historią wojenną. To tutaj, kiedy Syria była jeszcze francuskim protektoratem, na rozkaz gen. Sikorskiego sformowano Samodzielną Brygadę Strzelców Karpackich, która później, już pod brytyjskim dowództwem, odznaczyła się w libijskim Tobruku. Po wojnie, w ramach niepodległej Syrii, miasto rozrosło się i prosperowało, jego mieszkańcy słynęli w kraju z upodobania do muzyki i dobrego humoru. Przed wiosną 2011 r., kiedy zaczął się aktualny konflikt, Homs był wielkości naszego Krakowa. Mniejszość chrześcijańska stanowiła ok. 17 proc. ludności i nie miała żadnych problemów w kontaktach z muzułmanami – to sąsiedztwo trwało w końcu już 15 wieków. O. van der Lugt przyjechał tu z Damaszku w 2004 r. i zajmował się pracą społeczną, a po wybuchu wojny wraz z chrześcijanami dziewięciu obecnych tu obrządków organizował zabezpieczenie świątyń, bibliotek i dzieł sztuki sakralnej, nierzadko sięgających początków chrześcijaństwa.

Zaprogramowana czystka

Niepokoje społeczne, wywołane wpływem arabskiej wiosny w Afryce Północnej, uczyniły z Homs „stolicę syryjskiej rewolucji” pod koniec kwietnia 2011 r. Dziś już nikt nie używa słowa „rewolucja” w opisach sytuacji w Syrii, ale wtedy zachodnie media prześcigały się w pochwałach „demokratycznych aspiracji” nowej rebelii. Starannie przemilczano fakt, że owa „demokratyczna rewolucja” zaczęła się od proklamowania Islamskiego Emiratu Homs, pod dowództwem sunnickiego ekstremisty Bilala El Kena. Już wtedy doszło do pierwszych profanacji chrześcijańskich świątyń. Przeważyła jednak amerykańsko-izraelska argumentacja o konieczności obalenia rządów prezydenta Baszara Al-Asada, regionalnego sojusznika Iranu. Arabia Saudyjska i Katar nie żałowały miliardów swoich petrodolarów, by zorganizować prawdziwą, wielonarodową „legię cudzoziemską”, która miała zmieść z powierzchni ziemi państwo syryjskie. Oznaczałoby to równocześnie koniec chrześcijaństwa w Syrii, ale w zachodnich kancelariach i mediach ciągle przeważały „racje” geopolityczne. Syria przetrwała z prostego powodu: większość Syryjczyków, w tym większość sunnitów, nie chce żadnego kalifatu. Z początku, równolegle do organizacji bojowników islamskich, istniała w Homs Wolna Armia Syrii, złożona głównie z dezerterów z rządowego wojska, ale w 2012 r. została wyrzucona z miasta przez Front Al-Nosra, dziś ta formacja właściwie nie istnieje.

Tego samego roku doszło do prawdziwej czystki etnicznej, większość chrześcijan bezpowrotnie opuściła miasto. Przyczyny były oczywiste. Dochodziło do „polowań” na osoby z krzyżykami za szyjach. Bojówki dżihadystów siały terror, urządzając prawdziwe „noce długich noży” – np. zatrzymywały samochody, by poderżnąć gardła wszystkim chrześcijańskim pasażerom, albo otaczały świątynie podczas Mszy. To się zmieniło, gdy armia rządowa odbiła większość miasta. Pozostali na miejscu chrześcijanie ze starego miasta zaczęli być tolerowani zarówno przez Front Al-Nosra, jak i inne skrajne ugrupowania islamskie, ale oczywiście – jak pokazuje los o. Fransa – do pewnych granic. Reszta chrześcijan już dawno uciekła na tereny kontrolowane przez wojska rządowe bądź do krajów sąsiednich.

Polityka i przetrwanie

Po kryzysie na przełomie sierpnia i września zeszłego roku, kiedy Stany Zjednoczone były o krok od rozpoczęcia bombardowań syryjskiej armii, wiele się zmieniło. Umowa amerykańsko-rosyjska w sprawie zniszczenia syryjskiej broni chemicznej sprawiła, że aktualny rząd stał się politycznie niezbędny: tylko on wie, gdzie taka broń się znajduje, i może doprowadzić sprawę do końca. Umowa ta, osłabiając Syrię, usatysfakcjonowała Izrael, który nie nawołuje już tak obsesyjnie do rozprawy Ameryki z reżimem Asada, a dotychczasowi muzułmańscy sponsorzy syryjskiej rebelii przeżywają trudności. Katar, główny patron Frontu Al-Nosra, jest w konflikcie dyplomatycznym z Arabią Saudyjską, finansującą inny odłam lokalnej Al-Kaidy – Islamskie Państwo w Iraku i Lewancie. W rezultacie operujące w Syrii ISIL bardziej walczy przeciw Al-Nosrze niż przeciw syryjskiemu wojsku. Turcja, która popierała inne ugrupowania islamskie, przeżywa wewnętrzny kryzys polityczny. Dżihadyści ciągle są finansowani z zagranicy, jednak armia rządowa powoli odbija zajmowane przez nich miejscowości. Niemniej jednak koniec wojny nie wydaje się bliski. „Najbardziej cierpią dzieci. Matki nie są w stanie ich karmić piersią, bo są zbyt słabe. Wszędzie szukamy mleka, a kiedy znajdujemy, rozcieńczamy wodą” – ostatni przekaz o. Fransa, jak wszystkie poprzednie, nie miał nic wspólnego z polityką. „Nasze miasto stało się dżunglą bez żadnych praw. Robimy, co możemy, by zachowywać się w sposób braterski i nie rzucać się jeden na drugiego z powodu głodu”. Wiekowy jezuita utożsamiał się ze społecznością swojej dzielnicy Bustan al-Diwan – jak inny zakonnik Towarzystwa Jezusowego, o. Paolo dall’Oglio z regionu Rakki, o którym brak wiadomości od zeszłej jesieni. Dziś stare miasto w Homs coraz bardziej przypomina morze ruin, niczym symbol każdej wojny. W Rzymie papież Franciszek, nawiązując do śmierci o. van der Lugta, zawołał: „Dość wojny, dość zniszczeń!”, jednak w tym konflikcie chrześcijanie mają niewielki wpływ na walczące strony, a ich przetrwanie w Syrii ciągle stoi pod znakiem zapytania.