Zakaz wyciągania pistoletów

GN 38/2014 |

publikacja 18.09.2014 00:15

O tym, po co robić coś razem, skoro możemy zrobić to samodzielnie z Andrzejem Sionkiem rozmawia Marcin Jakimowicz.

dr Andrzej Sionek  fizyk, biblista, mąż, ojciec. Dyrektor Katolickiego Stowarzyszenia En Christo, członek Sekretariatu ds. Nowej Ewangelizacji Archidiecezji Krakowskiej,  Przez lata związany z Ruchem Światło–Życie, był stałym współpracownikiem ks. Franciszka Blachnickiego. roman koszowski /foto gość dr Andrzej Sionek fizyk, biblista, mąż, ojciec. Dyrektor Katolickiego Stowarzyszenia En Christo, członek Sekretariatu ds. Nowej Ewangelizacji Archidiecezji Krakowskiej, Przez lata związany z Ruchem Światło–Życie, był stałym współpracownikiem ks. Franciszka Blachnickiego.

Marcin Jakimowicz: Bartłomiej I powiedział: „Jedność Kościoła jest możliwa. Nie doczeka tego moje pokolenie, ale przyszłe z pewnością”. Papież Franciszek dodał: „Bóg dokończy cudu chrześcijańskiej jedności”. Andrzej Sionek też w to wierzy?

Andrzej Sionek: Nie mamy żadnej innej alternatywy. Jeżeli nie będzie jedności Kościoła, to nas po prostu nie będzie. Stracimy rację naszej zasadniczej misji, do której zostaliśmy powołani: „abyśmy byli jedno”. Po co? Po to, „by świat uwierzył”. Po co światu podzielony, popękany Kościół? Może dojdzie do takiej desperacji, takiego upokorzenia, że w końcu zrozumiemy, że nie ma innej drogi?

Poznałem kilka osób, które w Lanckoronie skutecznie wyleczyły się ze swoich antyekumenicznych zapędów. Jak wy to robicie?

Słuchamy Kościoła. Ekumienia była ruchem, który doprowadził do soboru. Po soborze była pewnym ruchem odnowy, ale od szeregu lat jest ona częścią uczniostwa katolickiego. To niejedyna z opcji w życiu katolika. Serce pojednane i stworzone dla jedności chrześcijan to wymóg katolickiego uczniostwa.

Wymóg? Myśli Pan, że Jan Kowalski nosi w sobie pragnienie jedności? 

Niestety ten proces przemiany mentalności czy, jeszcze głębiej sięgając, przemiany serca jest w nas wciąż powstrzymywany. Górę biorą lęki, wątpliwości, bierność, rozdrapywanie ran. Tymczasem młodzi ludzie tęsknią za tymi, którzy mają serce „ustawione” dla jedności całego Ciała Chrystusa. Dziś „być albo nie być” chrześcijan w Europie to albo dać wspólne świadectwo Chrystusowi, albo zniknąć z mapy. Jeśli nie posłuchamy Ducha i nie podejmiemy trudu nawrócenia, pozostaniemy przez jakiś czas w sytuacji poprawności politycznej: krępującej ciszy, spirali milczenia.

To jednak tykająca bomba, do której łatwo dobiorą się demony przyszłości. Walka o jedność w Kościele, o jedność ponad barierami narodowościowymi, czy denominacyjnymi jest tak naprawdę walką o wywyższenie Jezusa.

Ten podział chrześcijan jest faktycznie tak wielkim zgorszeniem?

Oczywiście! Zgorszeniem jest już to, że zgodziliśmy się żyć w świecie podziału. To przekreślenie Ewangelii. Znamieniem uczniów rabbiego Jeszui była przecież dewiza: „Patrzcie, jak oni się miłują”. To właśnie odróżniało tych uczniów od uczniów wszystkich innych nauczycieli! W momencie gdy nie zabiegamy o jedność, nasza ewangelizacja jest zwykłym biciem piany. „Bracie, dobrze biegniesz, ale… obok drogi”. Mistrz wyraźnie zapowiedział: bądźcie jedno, „aby świat uwierzył”. To nie jest opcja…

Słyszałem licytacje: katolicy zorganizowali prężne spotkanie z o. Bashoborą na Stadionie Narodowym, a protestanci wynajęli mniejszy stadion Legii. Część środowiska alergicznie reagowała na to drugie wydarzenie...

To ogromny grzech naszego Kościoła. Chełpiąc się liczbami uważamy, że nad Wisłą można nie podnosić problemu braku jedności. Tymczasem w kontekście całego ciała Jezusa ta postawa promieniuje na to, jak świat postrzega Kościół w Polsce.

Co stało się w ciągu ostatnich dziesięciu lat? Gdy przed dekadą mój znajomy nawrócił się w jednym z Kościołów ewangelikalnych, modlono się nad nim o wypędzenie „demona katolicyzmu”. Dziś ci sami ludzie modlą się wraz z katolikami… Protestant Piotr Nazaruk, lider TGD, w czasie koncertu pyta: „Czy jest na sali ksiądz katolicki?”, a potem prosi go, by pobłogosławił publikę. Mate.O, protestant z dziada pradziada, czy Natalia Niemen opowiadają o papieżu Franciszku…

Trudno mi opowiadać o stronie protestanckiej. Wiem jednak, że akcja zawsze rodzi reakcję. Jednym z podstawowych powołań stowarzyszenia En Christo jest praca na rzecz odbudowy jedności chrześcijan. Jedność – uświadomiliśmy sobie – jest po to, by była przeżywana. Dokładnie tak samo jak ze słowem Bożym, które może stanowić przygodę intelektualną czy być przedmiotem egzegezy, ale ostatecznie zostało nam dane po to, by było przeżywane. Jezus jest życiem... Rozsiedliśmy się wygodnie w fotelach, rozmyślając o tym, co opowiadał Jezus, i zapomnieliśmy, że… tym przesłaniem mamy żyć! Życie rodzi się z życia! Już ksiądz Franciszek Blachnicki, wielki apostoł jedności, stawiał przed wspólnotami wezwanie, aby budować taki Kościół, który nie będzie w sobie nosił zarzewia podziału.

Gdy na rekolekcje do Lanckorony trafiali protestanci, nie patrzyliście na siebie nieufnie? Musieliście się „obwąchać”?

To był proces trwający całe lata. Powiem krótko: podłoga w miejscu spotkań jest nasiąknięta łzami. Jedność w doktrynie jest dla nas ważna, ale dopiero kiedy brak jedności jest przeżywany we wzajemnej bezpośredniej bliskości, odczuwamy, jaki to ból. Jeżeli przeżywamy naszą jedność, to przeżywamy ją najpierw w Duchu Świętym. Im głębsza jest nasza relacja z Bogiem, tym stajemy się dla siebie bliżsi, milsi i serdeczniejsi. Gdy przeżyłem swój chrzest w Duchu Świętym, gdy widziałem, że coś jest miłe Bogu, to niezależnie od denominacji odbierałem to jako „swoje”. Szukałem tego, co pochodzi od Ducha, co jest miłe Bogu. To pchnęło mnie na drogi jedności. Nie było dla mnie zgorszeniem, gdy zielonoświątkowi liderzy przeżywali w zadziwieniu: „O Boże, oni śpiewają nasze piosenki! O Boże, oni posługują naszymi darami” (śmiech)...

To nie pycha? Nasze dary, wasze dary… Słyszałem zarzut, że Odnowa kupiła charyzmatyczny pakiet w promocyjnej cenie od zielonoświątkowców…

Mając mentalność komercyjną, kierując się prawami rynku, chcemy wprząc Boga w ten handlowy mechanizm. Łaskę traktujemy jak walutę, charyzmaty jak narzędzie osobistej promocji i… nie wyrastamy nigdy z „duchowego pampersa”. Mówiąc brutalnie: robimy całe życie pod siebie. Bawimy się w Kościół, który wiecznie odnosi się jedynie do samego siebie. Musimy zdać sobie sprawę, że charyzmat, czyli przychylność Boża nam dana, stanowi źródło naszego wywyższenia, ale dokonuje się z uwagi na to, by być błogosławieństwem dla innych. Stąd wypływa nasze poszukiwanie jedności, którego źródłem jest doświadczenie Ducha Świętego. Nie może On być inaczej zrozumiany jak tylko i wyłącznie w kontekście jedności. Dlatego też wszystko budowane na kontrowersji, podziałach, różnicach, wcześniej czy później, musi runąć.

O. Raniero Cantalemessa mówi, że przeżywamy dziś „jedność Ducha”: wspólnie się modlimy, Duch w równym stopniu obdarowuje charyzmatami i katolików, i protestantów. To jakaś „jaskółka jedności”?

Wierzymy (i mamy mocne doświadczenie), że Tym, który odbudowuje jedność, jest sam Duch Święty. To Jemu zależy na tym, byśmy mogli modlić się i działać razem, a nie każdy sam, na własną rękę. Od 2009 roku zaczęliśmy gromadzić się wspólnie na uwielbieniu. Przez pierwsze dwa, trzy lata wydawało mi się, że nie dostrzegam konkretnych owoców tych modlitw. Dziś z perspektywy kolejnych trzech lat widzę, że te owoce przyszły, a wspólne uwielbienie ma potężną moc. Wszystko dokonuje się w Jego czasie – nie w naszym. Jesteśmy w służbie Jego strategii, Jego wizji, a nie odwrotnie…

Przed śmiercią rozmyśla się o rzeczach najistotniejszych. Jezus dzień przed ukrzyżowaniem wołał: „aby tak jak My stanowili jedno”. Niewielu katolików nosi w sobie podobne pragnienie.

Jezus był świadomy tego, że przyjdzie podział. Widział, że jedność to różnorodność przetestowana i pojednana w cieniu krzyża. Jedność, która przychodzi w ogniu i Duchu Świętym, jest owocem naszego dogłębnego nawrócenia, odpowiedzią na pytanie, czy jesteśmy tu ze względu na budowanie Jego królestwa, czy też pociągają nas bardziej nasze małe, partykularne interesy. Dlatego Jezus pyta wprost o to, czy znajdzie wiarę, gdy powróci… Potrzebne jest głębokie nawrócenie Kościoła, który niedostatecznie mocno jednoczy się z tą pełną tęsknoty modlitwą Jezusa.

Jak mamy rozmawiać o ekumenizmie, skoro sami jesteśmy podzieleni? To w Krakowie po raz pierwszy na ewangelizację wyszli ludzie zakorzenieni w Odnowie i Drodze Neokatechumenalnej. 

Wiem, ile trzeba było przeżyć, nasłuchać się, przecierpieć, by do tej ewangelizacji doszło… Wiem, ile ci ludzie musieli poświęcić, by stanąć razem. Syndrom podziału przebiega nie tylko na zewnątrz Kościoła, ale i przez samo serce tych ruchów. One nie szukają siebie nawzajem. Ile razy słyszałem: „Czy wychodząc razem na ewangelizację, nie zdradzamy przypadkiem naszego charyzmatu?”. A gdzie – pytałem się – priorytet, czyli budowanie królestwa Bożego? Nie budujemy przecież własnych królestw! Dlatego jako podtytuł tego ewangelizacyjnego forum wybraliśmy niezwykle drogą mi dewizę: „Nie rób sam tego, co moglibyśmy zrobić razem”. Bóg bardzo uważnie obserwuje nas w naszych wyborach...

Zadaję sobie pytanie, czy chełpiąc się różnorodnością zgromadzeń, instytucji, zachwycając się naszymi „lokalnymi charyzmatami”, nie pogłębiamy podziałów. Czy jest to różnorodność dostatecznie pojednana? Jeżeli jest w nas chęć porównywania się z innymi, wywyższania się, współzawodnictwa, to jest to materia, którą Bóg się brzydzi. Proces pojednania przez wywyższenie Jezusa musi się najpierw dokonać w samym ciele Kościoła katolickiego.

To było najniezwyklejsze nagranie, jakie widziałem w tym roku. Nie zdumiało mnie nawet to, że papież Franciszek nagrał na smartfona przemówienie skierowane do zielonoświątkowców. Zdumiałem się odzewem ze strony kilkuset amerykańskich pastorów. 14 stycznia podczas spotkania z biskupem zielonoświątkowców, Anthonym Palmerem, stanęli i zaczęli błogosławić Boga za Franciszka... 

Za papieżem idą jego czyny. Jego znaki są znakami prorockimi, dlatego wywołują nieprawdopodobny rezonans i mają tak potężne oddziaływanie. Jego gesty są namaszczone przez Boga, dlatego sprawiają na ludziach, którzy są wrażliwi duchowo, tak ogromne wrażenie. Ci ludzie widzieli gotowość spotykania się jeszcze w Buenos Aires z pastorami, rabinami, gotowość czynienia sobie przyjaciół spośród liderów świata ewangelicznego. Serce papieża jest pojednane. To nie jest człowiek, który jedynie mówi językiem wizji Vaticanum Secundum. W nim ta wizja żyje, a życie pochodzi z życia!

Myślę, że gdy pastor Anthony Palmer rzucił do pastorów: „Wszyscy powinniśmy być katolikami”, wielu nad Wisłą odetchnęło z ulgą: „Wreszcie właściwy kierunek. Odszczepieńcy powinni się ukorzyć i powrócić do domu”. Co chwila spotykam taką wizję ekumenizmu… „Nastanie jeden pasterz” – można się zagalopować i nie będzie nim Jezus, ale papież Franciszek.

Nasz Kościół jest w fazie nieustannego nawracania się. Aby spotkanie było możliwe, potrzebne jest z obu stron upokorzenie się, pokorny gest, wołanie Dawida „pokornym i skruszonym sercem Ty, Boże, nie gardzisz”. To podstawowy test. Przeciwieństwem tego wołania są pycha i lęk.

Pamiętajmy, że to nie świat zielonoświątkowy oddzielił się od Kościołów historycznych, ponieważ miał takie pragnienie, ale oddzielenie było konsekwencją odrzucenia. Dopiero gdy ci ludzie zostali odrzuceni przez świat protestancki, zmuszeni byli do stworzenia własnych Kościołów, które nosiły już piętno podziału, odrzucenia, pęknięcia. Jednak pomimo wszystko wielu proroków tego świata wierzyło, że nowe wylanie Ducha Świętego jest dane jako błogosławieństwo dla wszystkich Kościołów. Od początku w tle w tym ruchu wybrzmiewa wołanie – nadeszła katolickość. Na drodze jedności musimy zdecydować się na bycie razem, niezależnie od tego jakby nas mocno bolało.

Znam księży, którzy „sparzyli się”, gdy wraz z protestantami organizowali ewangelizacyjne koncerty. Umowa była jasna: „Mówimy o Jezusie, nie zapraszamy do konkretnych wspólnot”. Po koncercie ludzie dostali ulotki: „Zapraszamy do zboru przy ulicy…”.

No dobrze, ale jeżeli my sobie nie pozwolimy na to, by być zranionymi, to kto sobie może na to pozwolić? Jeżeli my nie jesteśmy gotowi zapłacić ceny, to kto ją zapłaci? Żyliśmy przez wieki w tak odmiennych światach, że nasza mentalność, sposób postrzegania są przekręcone, nieufne, wykrzywione. Potrzebujemy sprzymierzonego przebywania razem, by miłość wzajemna i relacje „uniosły” tę nieustanną konfrontację i wszystko, co zostało na niej zbudowane. Jasne, to dom na piasku, ale wybudowaliśmy naprawdę spore gmachy… Musimy zejść do samego korzenia podziału: do oddzielenia się Kościoła od Narodu Wybranego. To matka wszystkich podziałów i pęknięć. Mam mocne doświadczenie, że ludzie dotknięci żarem wywyższania Jezusa nagle dostrzegają, że te wszystkie różnorodności zostają pojednane, a rany zagojone. Kiedy myśleliśmy o ewangelizacji Krakowa na stadionie Cracovii, najpierw zeszliśmy się, jako całe Ciało Chrystusa, w mieście. Wspólnie oddawaliśmy chwałę Bogu pośród naszych podziałów, one nas upokarzały, ale pomimo wszystko Jezus był wywyższony! Manifestowaliśmy naszą jedność, choć niepełną, ale jedność mającą prawo i domagającą się swojego wyrazu! Wtedy wiedzieliśmy, że możemy wyjść na ulice z naszymi braćmi protestantami.

Jaki był odzew tych Kościołów? Trzeba było ludzi ciągnąć na siłę?

Skądże znowu! Chętnie odpowiadały na zaproszenie. Bazowaliśmy na relacjach, które budowaliśmy już wcześniej. Katolikom postawiliśmy warunek: jeżeli chcecie uczestniczyć w tym święcie uwielbienia Jezusa razem z braćmi z innych Kościołów, którzy przychodzą bez swoich „sztandarów”, również musicie pozostawić w domach swoje „pistolety”. Zakaz sztandarów, manifestowania swojej „ruchowości” czy bezruchu. Zasady były jasne: zakaz wyciągania pistoletów. Linia podziału przebiega tak głęboko i tak dotkliwie nas rani, że wychodzimy na ewangelizację z hasłem: „Po co mam to robić z kimś, skoro mogę zrobić coś sam?”. Absurd! Głęboko podszyty zazdrością duchową i przekonaniem, że jeśli będę o kimś dobrze mówił i kogoś wywyższę, to automatycznie Bóg zabierze tę część z mojej puli, stracę coś. Tak jakby Bóg miał za mało i jeżeli przeleje na czyjeś konto, to ja już się na nic nie załapię… To komercyjne myślenie o Kościele, niemające nic wspólnego z Ewangelią! Nic dziwnego, że w Kościele nie czujemy się jak bracia i siostry, tylko partnerzy w konkurencji, rywalizacji. Gdy modlimy się razem, a Bóg wylewa na nas swą łaskę, przestajemy się postrzegać jako „partnerzy”. Jesteśmy braćmi i siostrami i nie ma żadnej innej opcji poza tą! Tylko do pewnego momentu możemy być partnerami, bo miłość Pana przynagla nas do tego, żebyśmy w końcu powiedzieli sobie: bracie, siostro…