Porywacze misjonarza "traktują go dobrze"

PAP |

dodane 17.10.2014 13:30

Pomimo porwania przez rebeliantów z Republiki Środkowoafrykańskiej polskiego misjonarza, ks. Mateusza Dziedzica, misja w Baboua stara się funkcjonować normalnie - powiedział w piątek PAP współpracownik porwanego ks. Leszek Zieliński.

Ks. Mateusz Dziedzic. Arch. Wydziału Misyjnego tarnowskiej kurii Ks. Mateusz Dziedzic.
Został uprowadzony w nocy 13 października

W czwartek delegacja rządu Republiki Środkowoafrykańskiej udała się do Junde, stolicy Kamerunu, żeby rozmawiać na temat uprowadzenia polskiego duchownego. Ks. Zieliński nie ujawnił jednak więcej szczegółów dotyczących rezultatów tych rozmów; nie ma też nowych informacji na temat traktowania przez porywaczy duchownego.

Rozmówca PAP przypomniał, że rebelianci "dobrze go traktują, nie są agresywni; ksiądz dostał jedzenie i ubrania, nie czuje, że porywacze mogą mu zrobić krzywdę". "Ich jedyny warunek to uwolnienie ich przywódcy", który przebywa w więzieniu w Kamerunie - dodał ks. Zieliński. Pierwszy krok w podjęciu rozmów z porywaczami zrobili przedstawiciele diecezji Buar - sprecyzował.

Polski misjonarz ks. Mateusz Dziedzic został porwany w nocy z niedzieli na poniedziałek przez napastników, którzy zaatakowali misję katolicką Baboua w RŚA, ok. 50 km od granicy z Kamerunem.

Jak opisuje w rozmowie z PAP ks. Zieliński, centrum misji mieści się właśnie w Baboua. "Nasza praca jest taka, jak zwykła praca księdza. Głosimy tutaj Słowo Boże, odprawiamy msze święte, udzielamy sakramentów. W poniedziałki, wtorki i środy jest katecheza dla dzieci, które przygotowują się do przyjęcia sakramentów" - opowiada.

"Działają tutaj również grupy parafialne; jest grupa Legion Maryi, są ministranci, są nawet tancerki, które śpiewają i tańczą na mszy św." - dodaje.

Oprócz tego nasza misja Baboua prowadzi dwa przedszkola. "Obecnie mamy 80 dzieci. W tym tygodniu nie chodzą na zajęcia, bo wszyscy są zszokowani, wystraszeni sytuacją. Na ten tydzień przerwaliśmy zajęcia, bo rodzice nie chcą (posyłać dzieci), ale od poniedziałku już je wznawiamy" - tłumaczył.

Ks. Zieliński został na parafii i codziennie o godz. 6 rano odprawia mszę św.; o 15.30 odmawiany jest różaniec. "Szczególnie teraz modlimy się w imieniu misjonarzy i księdza Mateusza. Ludzie nawet przychodzą trzy razy bardziej licznie niż zwykle, bo jednak przeżywają porwanie" - podkreślił.

"Oprócz tego - jak dodał - mamy jeszcze 20 kaplic rozproszonych w buszu, do których dojeżdżamy. Są tam małe wspólnoty katolików; przyjeżdżamy tam do nich, odbywa się spowiedź, odprawimy mszę święta, sprawdzamy, czy odbywa się katecheza". Taka wspólnota może liczyć od 20 do 50 osób; niektóre nawet do stu osób.

Spytany o potrzeby misji i okolicznych mieszkańców w związku z napiętą w ostatnim czasie sytuacją wewnętrzną w RŚA, ks. Zieliński odpowiedział: "Wszyscy chcą, żeby zapanował pokój, żeby zakończyły się te strzelaniny, napady, wszystko to, co powoduje, że człowiek żyje w strachu, w napięciu, w niepewności".

"Myślę, że jak jest pokój, wtedy możemy pracować, ludzie mogą uczestniczyć w życiu parafii, uprawiać pole, normalnie żyć" - dodał. "Ludzie starają się normalnie funkcjonować, ale gdy dochodzi do jakiejś nadzwyczajnej sytuacji, wtedy przychodzi strach" - zaznaczył.

Według ks. Zielińskiego grupa, która uprowadziła Polaka, to Front Demokratyczny na rzecz Ludności Środkowoafrykańskiej, a porywacze przebywają ok. 25 km od Baboua. Ugrupowanie to działa w pobliżu Baboua od kilku miesięcy, a w RŚA jest obecne od kilkunastu lat. Podkreślił, że misję ochrania obecnie siedmiu żołnierzy ONZ. 30 km od parafii jest baza "błękitnych hełmów".

W Republice Środkowoafrykańskiej pracuje obecnie 32 polskich misjonarzy. Sytuacja wewnętrzna kraju jest bardzo trudna. Aby zapobiec eskalacji przemocy i stworzyć warunki powrotu do stabilizacji, w RŚA działają trzy misje zagraniczne: misja pokojowa ONZ MINUSCA, misja Unii Europejskiej EUFOR CAR oraz misja specjalna Francji Sangaris. W skład misji EUFOR CAR wchodzi polski kontyngent liczący ok. 50 żołnierzy.