Dialog trudny i... niebezpieczny

Andrzej Macura

dodane 16.03.2016 21:15

Rosja, Ukraina, prawosławie, grekokatolicy i Franciszek. Refleksje po X Zjeździe Gnieźnieńskim.

Zjazd Gnieźnieński Andrzej Macura Zjazd Gnieźnieński
Od lewej: prof. Antoine Arjakovsky, Jewgienij Raszkowski, abp Henryk Muszyński i abp Światosław Szewczuk

Historia każdego chyba istniejącego dziś państwa naznaczona jest chwilami trudnymi i momentami w jego dziejach zwrotnymi. Nie inaczej jest z Ukrainą. Tyle że w przeciwieństwie do wielu innych te jej momenty trudne nie należą tylko do historii, ale rozgrywają się właśnie teraz. Jesteśmy świadkami czegoś, co jeszcze kilka lat temu wydawało się niemożliwe: niepodległa od 25 lat Ukraina zdaje się rezygnować z trwającego od ugody perejesławskiej flirtu z Rosją, a otwiera na Europę. Co będzie dalej? Trudno dziś wyrokować. Na pewno jednak jesteśmy świadkami narodzin zupełnie nowej jakości. Rozpaczliwie szukający dla swojego mitu założycielskiego narodowych bohaterów Ukraińcy nie będą musieli się odwoływać do wywołujących w nas, Polakach złe skojarzenia przywódców OUN i UPA. Nowych pewnie nie braknie. A to szansa na przyspieszenie polsko-ukraińskiego pojednania.

Pisząc relację ze Zjazdy Gnieźnieńskiego obiecałem wrócić do pojawiającego się tam tematu polsko-ukraińskich relacji. Wydaje mi się jednak, że po opublikowania na naszych stronach wystąpienia na Zjeździe arcybiskupa Większego Kijowsko-Halickiego Światosława Szewczuka ciekawość Czytelników została już zaspokojona. Znacznie ciekawszym, bo bardziej skomplikowanym, wydaje mi się drugi z problemów poruszonych w wystąpieniu zwierzchnika grekokatolików: sprawa pojednania między Ukrainą a Rosją. A w tym względzie też trochę się podczas Zjazdu Gnieźnieńskiego działo. I sporo mówiło.

Trzeba chyba na początku przypomnieć, że sytuacja na Ukrainie jest dziś skomplikowana nie tylko politycznie, ale też ze strony kościelnej. Na Ukrainie działa nie tylko Kościół katolicki – w swoich dwóch gałęziach, rzymsko i znacznie większej, greckokatolickiej – ale też aż trzy Kościoły prawosławne. I żaden z nich nie ma na Ukrainie pozycji, pozwalającej mu na rząd dusz. Geopolityka sprawa, że jeden z nich, zależny od Moskwy Ukraiński Kościół Prawosławny Patriarchatu Moskiewskiego, jedyny uznawany przez światową wspólnotę prawosławną,  jest dziś postrzegany jako nieprzychylny ukraińskiej niezależności. Pozostałe uważa się za jej zwolenników i obrońców. Tyle że – jak to powiedział podczas konferencji prasowej podczas Zjazdu Gnieźnieńskiego abp. Światosław Szewczuk – każdy z tych prawosławnych Kościołów jest w pewnej mierze projektem politycznym. Stąd tak trudno o pojednanie już nawet między nimi. A bardzo by się ono przydało. Prawosławni na Ukrainie rozumieją, czemu nie modlą się z katolikami. Ale dlaczego nie mogą modlić się ze swoimi braćmi w wierze? Tego – jak zauważył podczas Zjazdu abp Szewczuk – prosty człowiek zrozumieć nie potrafi.

Trzeba zwrócić koniecznie uwagę na to, że sytuacja na Ukrainie nie jest tak jednoznaczna, jakby chciał umysł poszukujący klarownych rozgraniczeń. Owo pragnienie sprawia, że przyjęło się myśleć o Ukrainie podzielonej na z grubsza dwa obszary: ukraińsko- i rosyjskojęzyczny i wedle tego kryterium dzielących się na zwolenników i przeciwników zerwania przez Ukrainę związków z Rosją. Tymczasem, jak powiedział podczas jednej z konferencji prasowych abp Szewczuk, szacuje się, że aż 60 procent walczących na wschodzie Ukrainy o jej niepodległość to jej obywatele rosyjskojęzyczni.

Na te skomplikowane polityczne i kościelne relacje nałożyły się ostatnio dwa wydarzenia. Po pierwsze zapowiedziany na późną wiosnę tego roku pierwszy po wiekach sobór wszechprawosławny. A po drugie podpisanie przez patriarchę Moskwy Cyryla I i papieża Franciszka w Hawanie wspólnej deklaracji.

Po przyszłym panprawosławnym  soborze trudno spodziewać się rewolucji. Decyzje na nim maja być wiążące, o ile zostaną podjęte jednogłośnie. Ale sobór to sobór. W historii niejeden już raz sobie współczesnych zadziwił. Różnie sprawy się mogą potoczyć. W tym kontekście zwraca uwagę niedawna wypowiedź patriarchy Konstantynopola, Bartłomieja I skierowana do ukraińskiego prezydenta, Petra Poroszenki z okazji ich spotkania, poświęconego między innymi rozmowom na temat możliwości powstania na Ukrainie jednego Kościoła prawosławnego: „Kościół Konstantynopolski jest Kościołem macierzystym narodu ukraińskiego”. Bardzo ważne.

Czytelnicy pewnie pamiętają krytykowany 27 punkt wspólnej deklaracji Franciszka i Cyryla? Pragniemy, aby schizma między wiernymi prawosławnymi na Ukrainie mogła być przezwyciężona na podstawie obowiązujących norm kanonicznych, aby wszyscy ukraińscy prawosławni żyli w pokoju i zgodzie oraz aby przyczyniły się do tego wspólnoty katolickie w tym kraju, aby coraz bardzie było widać nasze chrześcijańskie braterstwo. Zazwyczaj odbierane jest to jako zgoda Franciszka na hegemonię Moskwy w ukraińskim prawosławiu. Tymczasem Konstantynopol nie od dziś przypomina, że zgadzając się na autokefalię (niezależność) Moskwy, jasno wyznaczył jej granice. Terenów Ukrainy, podobnie zresztą jak krajów bałtyckich, w tych granicach nie było. Dzisiejsza sytuacja to wynik carskich podbojów i stosowania prawa silniejszego. Ułatwione przez polityczny upadek Konstantynopola. Ale obowiązujące „normy kanoniczne” są inne. Ciekawe, prawda?

Emerytowany arcybiskup gnieźnieński, Henryk Muszyński w czasie dyskusji panelowej po wystąpieniu abp. Szewczuka zwrócił uwagę, że mimo niezadowolenia, jakie na Ukrainie wzbudziła deklaracja, pretensji że „mówiono o nas bez nas” czy braku wyraźnego potępienia w niej rosyjskiej agresji na Ukrainę, deklaracja ta jest wielkim krokiem naprzód. Ot w takim jej punkcie 25, choć potępiono „uniatyzm” jako metodę budowania jedności przyznano, że Kościoły powstałe w drodze dawnych unii mają prawo istnieć i się rozwijać. Ważne: Cerkiew Moskiewska uznała, że Kościół greckokatolicki może istnieć!  Faktycznie, to wielki krok naprzód, bo przecież do tej pory w wypowiedziach moskiewskich hierarchów ten stan rzeczy był ostro krytykowany; ba: bywał uznawany za powód do niemożności spotkania kolejnych papieży z patriarchą...

W tym kontekście zwraca też uwagę opublikowany w okolicach Zjazdu Gnieźnieńskiego list prawosławnych intelektualistów (głównie z Zachodu i Ukrainy) dotyczący „pseudosynodu lwowskiego”. Tego, na którym 70 lat temu zlikwidowano Kościół greckokatolicki przyłączając go do Cerkwi. Wzywają w nim swoich braci do uznania „strasznej prawdy” o tym synodzie: to nie był prawdziwy synod; nie było na nim żadnego greckokatolickiego biskupa (byli aresztowani), a wszystko odbywało się pod dyktando NKWD. Dlatego dziś proszą grekokatolików „o przebaczenie za wszystkie niesprawiedliwości”.  To naprawdę wielki krok naprzód. Ciągle wielu prawosławnych usprawiedliwia udział w pseudosynodzie przedstawicieli Cerkwi i zgodę na likwidację Kościoła greckokatolickiego  chęcią „zrobienia porządku” z Kościołem wspierającą zbrodniczą UPA. W podobnym duchu, jak to przypomniał w swoim wystąpieniu abp Szewczuk, potraktował w 2006 roku sprawę potępienia synodu dzisiejszy patriarcha Cyryl, odpowiadając w imieniu patriarchatu na list kardynała Huzara. Teraz być może powoli zacznie się przebijać do świadomości rosyjskich prawosławnych „druga strona medalu” tej prawdy.

Charakterystyczne, że jeden z sygnatariuszy tego listu, obecny na Zjeździe Gnieźnieńskim prof. Antoine Arjakovsky, do wspólnego dokumentu Papieża i Patriarchy ma zupełnie inne zastrzeżenia. Chodzi o jego punkt 5: Mimo wspólnej Tradycji pierwszych dziesięciu wieków katolicy i prawosławni od prawie tysiąca lat są pozbawieni jedności w Eucharystii. Jego zdaniem to nieprawda. I podczas jednej z konferencji prasowych, i podczas dyskusji po wystąpieniu abp. Szewczuka zwracał on uwagę na Sobór Florencki i uzgodnioną na nim unię z Grekami (innymi Kościołami Wschodu też). W sumie coś w tym jest. Zawarta w 1439 roku, choć wzbudziła na Wschodzie wielki opór, formalnie odrzucona została przez prawosławie dopiero trzydzieści parę lat po upadku Konstantynopola, w 1487 roku. Unia Brzeska, która dała początek dzisiejszemu Kościołowi greckokatolickiemu na Ukrainie, zawarta została ponad sto lat później. Ale widać że nie była pomysłem, który pojawił się znikąd.

Dyskutując nad sensem wspólnej deklaracji Franciszka i Cyryla I warto zdać sobie sprawę z jeszcze jednego: za spotkanie z Papieżem  Patriarcha spotkał się w swoim własnym Kościele z ogromną krytyką. Jak stwierdził podczas jednej z dyskusji Zjazdowych Siergiej Czapnin, do niedawna pracujący w mediach patriarchatu, wielu prawosławnych w Rosji uważa, że Cyryl spotykając się z Franciszkiem okazał się zdrajcą i heretykiem. Zwłaszcza że tego spotkania nie uzgodnił z synodem. W tym kontekście warto przypomnieć słowa odwołanego w grudniu zeszłego roku ze stanowiska przewodniczącego Wydziału kontaktów ze społeczeństwem Patriarchatu Moskiewskiego ks. Wsiewołoda Czaplina, który odważył się po swojej dymisji powiedzieć, że „sam patriarcha prędko będzie musiał odejść". Być może nie była to wypowiedź zdenerwowanego odwołaniem kurialisty, ale znak, że faktycznie coś się wokół Cyryla dzieje. Spotkanie z Franciszkiem na pewno jego pozycji w Cerkwi nie umocniło. Tym większe dla niego uznanie (choć oczywiście nie wiadomo, czy spotkanie z papieżem nie było do czegoś potrzebne włodarzowi Kremla).

Echa tej sytuacji mogliśmy dostrzec w niedawnej nieco zaskakujące wypowiedzi przewodniczącego Wydziału Zewnętrznych Stosunków Cerkiewnych Patriarchatu Moskiewskiego, metropolity Hilariona. Stwierdził on ni mniej nie więcej, że przeciwników ekumenizmu w rosyjskiej Cerkwi wcale nie należy uspokajać, ale wezwać ich do nawrócenia. To jak na dotychczasową powściągliwość rosyjskich hierarchów bardzo mocne stwierdzenie.

Jewgienij Raszkowski, rosyjski historyk, poeta i filozof, podczas dyskusji po wystąpieniu abp. Szewczuka stwierdził, że fakt, iż stojący na czele Cerkwi rosyjskiej zaczęli mówić o ekumenizmie to spory krok naprzód. Do tej pory ekumenizm budził ostry sprzeciw. W cerkwiach nie można było kupić książek jego zwolennika i wielkiego teologa, zabitego w 1990 roku ks. Aleksandra Mienia. Jego zdaniem taka postawa zamknięcia nie powinna dziwić. Wielu dzisiejszych hierarchów Cerkwi to wychowankowie Komsomołu (Komunistyczny Związek Młodzieży). Tym większa radość, że coś drgnęło.

Czy z prawosławiem w Rosji jest aż tak źle?  Może jeszcze gorzej. Wspomniany wcześniej Siergiej Czapnin podczas dyskusji po wykładzie o 25 latach wolności krajów byłego ZSRR stwierdził, że „to coś” co dominuje w życiu religijnym Rosji to wcale nie prawosławie, ale jakaś struktura opierająca się na poradzieckiej mitologii. Jego zdaniem, choć wielu ludzi chce uważać się za prawosławnych, jednocześnie chce też zostać ludźmi radzieckimi. Trudno nie zauważyć, że w tej sytuacji przed myślącymi nie w kategoriach radzieckich a chrześcijańskich stoi bardzo trudne zadanie. Pewnie jeszcze często będziemy zaskakiwani przez rosyjską Cerkiew manewrami, które z perspektywy wiary wydadzą się nam trudne do zrozumienia.