Być uchodźcą nie planowałem

Aleksandra Szymczak

GN 51/2016 |

publikacja 15.12.2016 00:00

Farid od lat wiódł wygodne życie. Jego kariera rozwijała się, pieniędzy było sporo. Sielanka jednak nie miała trwać wiecznie. W podaniu o pracę zaznaczył, że ma wysoki poziom odporności na stres. O tym, jak wysoki, miał się wkrótce przekonać.

Niemcy. W poprawnych politycznie Niemczech wszystkie negatywne uczucia zwykłych obywateli do uchodźców wiszą w powietrzu niczym ledwo dostrzegalne widmo zbliżającej się katastrofy. Niemcy. W poprawnych politycznie Niemczech wszystkie negatywne uczucia zwykłych obywateli do uchodźców wiszą w powietrzu niczym ledwo dostrzegalne widmo zbliżającej się katastrofy.

Farid pracował w Dubaju w sklepie z luksusowymi garniturami. Do pracy przyjeżdżał taksówką – tam prawie nikt nie chodzi po ulicach, bo od upału aż mdli. Wchodząc do pracy, spoglądał zawsze 200 pięter w górę, gdzie Burdż Chalifa niczym karcący paluch wygrażał niebu. Tu, u stóp tej najwyższej budowli świata, osiadło luksusowe centrum handlowe, Dubai Mall, którego progi Farid przekraczał każdego dnia z pewnością siebie godną człowieka sukcesu. Podczas naszych spotkań przy kawie Farid opowiadał, że klienci go uwielbiali, bo nie szczędził im atencji. Praca była jego dumą.

Farid pracował w Dubaju już od siedmiu lat. To długo, bo większość przyjeżdża do Emiratów raptem na dwu-, trzyletni kontrakt. Po tym czasie z reguły spokojnie można kupić w rodzimym kraju dom i samochód. Z Emiratami obcokrajowcy raczej nie wiążą swoich życiowych planów. Farid też nie wiązał, choć zakończenie życia w surrealistycznej bańce bogactwa o posmaku pól naftowych przyszło w momencie najmniej przez Farida spodziewanym.

Dobre złego początki

Farid mówi mi, że w Emiratach nie ma bezrobocia. Tajemnica tego sukcesu jest jednak bardzo prosta. W kraju, gdzie 81 proc. populacji stanowią obcokrajowcy, wizy utrzymują się w mocy wyłącznie, gdy ma się podpisany kontrakt. W momencie utraty pracy delikwent ma miesiąc na znalezienie nowej lub opuszczenie kraju. Wiedząc o tym, Farid wcale się nie stresował, gdy dostał zatrudnienie w nowym miejscu i w związku z tym złożył wypowiedzenie w poprzednim. Okres bezczynności pomiędzy czasem zatrudnienia wynosił bowiem zaledwie pięć dni. Ale Farid miał jeden problem, którego w ten sposób jednak nie postrzegał. Był Syryjczykiem. A w Syrii od czterech lat toczyła się coraz mniej przewidywalna wojna.

Gdy Farid przyszedł do nowej pracy, dowiedział się, że pracodawca musi zerwać z nim kontrakt, bo w trakcie pięciodniowej bezczynności wiza Farida wygasła. Pracodawca próbował dyskutować z ministerstwem, ale odpowiedź była krótka: Syryjczykom niezajmującym najwyższych stanowisk menedżerskich w przypadku zmiany pracy wiz nie przedłużamy.

Farid zebrał dobytek siedmiu lat swojego życia i wrócił do domu. W końcu miał tam przyjaciół i rodzinę, która posiadała dwie wille i hektary dobrej ziemi. Większość ludzi tak właśnie żyła w Syrii – zamożnie. Kraj się rozwijał i niczego nie brakowało. Ale gdy Farid wrócił, po niedawnej świetności nie było już śladu. Z domu została ruina, a na dodatek chwilę po powrocie Farida zniknęła jego siostra, 22-letnia studentka zarządzania o kruczoczarnych, gęstych włosach i spojrzeniu łani. Leila wróciła po kilku tygodniach z obłędem w oczach i nic nie mówiła. Co można powiedzieć po porwaniu przez ISIS? Jeśli się je przeżyło, to można tylko dziękować Bogu za drugą szansę. Choć czasem Leila nie jest pewna, czy jest za co. Powiedzieć, co się działo – może by ulżyło, ale coś, o czym wiedzą wszyscy, zaczyna żyć własnym życiem. A Leila chce zapomnieć, więc milczy.

Wkrótce o powrocie Farida dowiedziały się oddziały rebeliantów. 30-letni Farid nie miał własnej rodziny. Dla takich jak on są tylko dwie opcje: walczyć w armii albo w oddziałach rebeliantów. Oba rozwiązania w przypadku Farida sprowadzają się w sumie do jednego: awansu na pierwszą linię frontu. Stamtąd do spotkania z ISIS już niedługa droga, a pewne jest, że Państwo Islamskie takiemu jak on nie popuści. Bo Farid jest „niewierny”. Bo Farid jest chrześcijaninem.

Rodzina każe Faridowi uciekać. Jest silny, da radę. Zabiera, co może, i znika. Wcześniej obiecuje sprowadzić rodzinę, choć jego rodzice nigdzie się nie wybierają – starych drzew się nie przesadza.

Trawa sąsiada

Farida poznaję we Frankfurcie podczas spotkania integracyjnego uchodźców z tubylcami. Jestem w nie zaangażowana, bo pracuję dla katolickiej organizacji zajmującej się pomocą humanitarną w krajach, gdzie jest ona potrzebna. Pomoc uchodźcom przybywającym do Europy nie leży w zakresie statutowej działalności mojej organizacji, ale jak się na co dzień przerabia dziesiątki, setki informacji o dramatach ludzi w odległych krajach, to trudno nie zauważyć tych dramatów na własnym podwórku. Wraz z kolegami z pracy postanawiam więc robić coś po godzinach dla uchodźców z pobliskiego obozu. Najbardziej komunikatywny spośród nich jest właśnie Farid. Wkrótce zaczynamy więc mieć coraz częstszy kontakt, bo mężczyzna staje się reprezentantem grupy i to z nim ustalamy szczegóły kolejnych spotkań integracyjnych między uchodźcami a lokalną społecznością.

Pewnego dnia spotkamy się sami, bo jestem ciekawa jego historii, a podczas zbiorowych spotkań trudno się otworzyć i mówić o prywatnych przeżyciach, szczególnie t a k i c h.

Umawiamy się w jednej z frankfurckich kawiarni. Jest ciepły dzień, więc wybieramy stolik na zewnątrz. Rozsiadając się w wygrzanym wczesnowiosennymi promieniami słońca wiklinowym fotelu, zamawiam dla nas kawy i ciasto dla siebie. Farid ciasta nie chce. Już po pierwszym kęsie przepysznej szarlotki z lodami i bitą śmietaną mocno żałuję, że ją zamówiłam. Nie bacząc bowiem na konwenanse i pomijając kurtuazyjne wstępy na stopniowe rozkręcenie rozmowy, Farid od razu przechodzi do sedna. W jednej chwili zalewa mnie, i przy okazji siedzącą przy stoliku obok parę staruszków, historią o handlu żywym towarem, o czarnym rynku ludzkich organów, o szczuciu psami, o wyłudzeniach, o spaniu w dzikich górach pod gołym niebem, o zimnie, o głodzie, o wzburzonym morzu, o drutach kolczastych, o lęku przed tym, co za tobą, i przed tym, co na ciebie czeka, w skrócie – historią, jakich wiele. „Zwykłą” historią drogi, jaką pokonuje przeciętny uchodźca.

Zastygam z niedorzecznie nadzianym na widelczyk kawałkiem szarlotki i czuję się potwornie zażenowana. Najpierw tym, że ludzie obok to wszystko słyszą, a potem tym, że choć przez chwilę właśnie to mnie zażenowało. Powinnam raczej zawstydzić się tym, jak łatwo oswajamy się z takimi historiami. Na domiar złego po dwóch godzinach opowieści o tułaczce Farida, o lęku o rodzinę, o niepewności co do jutra w Niemczech, o życiu w fatalnych warunkach w obozie dla uchodźców i o bezsilności do naszego stolika podchodzi zblazowany bezdomny młody chłopak, który ewidentnie włóczęgę i żebranie obrał jako styl życia. Patrzy na nas i wyciąga rękę po pieniądze. Będąc na fali przeżywania i współodczuwania z Faridem, spoglądam na włóczęgę z pogardą i myślę: gdybyś wiedział, w jakiej sytuacji jest człowiek, u którego żebrzesz… Wtedy Farid sięga do kieszeni po ostatnich parę centów, jakie ma, i daje je włóczędze, o nic nie pytając. To przypieczętowuje mój upadek.

Jedząc beczkę soli

Po raptem paru spotkaniach na mieście, podczas których zastanawiamy się, w jaki sposób zintegrować mieszkańców Frankfurtu z uchodźcami, Farid nalega, abym pozwoliła mu się zrewanżować i przyszła na typowy syryjski obiad do domu, w którym mieszka z kilkoma innymi uchodźcami. Wizytę w tym domu poprzedza w mojej głowie burzliwa analiza wszystkich „za” i „przeciw”, a raczej próba walki z samymi „przeciw”. Ostatecznie nie znam go zbyt dobrze, a słyszało się już przecież różne historie. Niemiecka prasa wciąż jeszcze podbija temat seksualnych napaści uchodźców na niemieckie kobiety. Przypadek sylwestrowej nocy w Kolonii zbiera plony do tej pory w postaci licznych uprzedzeń, lęku i agresji w stosunku do emigrantów. Choć oczywiście w poprawnych politycznie Niemczech wszystkie te uczucia zwykłych obywateli wiszą w powietrzu niczym ledwo dostrzegalne widmo zbliżającej się katastrofy, nie znajdując odzwierciedlenia w oficjalnej polityce kraju. Pozostaną jeszcze długo wyłącznie kontrolowanym szeptem ulicy, aż nie przeleje się miara i nie nastąpi wybuch.

Z tymi wszystkimi emocjami i plątaniną myśli w głowie jadę na spotkanie z Faridem. Gdy S-Bahn wyjeżdża na przedmieścia Frankfurtu, modlę się, żeby Farid nie czekał na mnie na stacji.

Ku mojemu niepocieszeniu Farid czeka na mnie już od pół godziny i na mój widok cieszy się jak dzieciak. Gada przy tym jak najęty o wszystkim, a ja zastanawiam się, czy to ostatni dzień mojego życia. Wsiadamy do podmiejskiego busa, który kluczy przez 40 minut po okolicznych wioskach i lasach, utwierdzając mnie w przekonaniu, że to już koniec. Dlatego gdy wchodzimy wreszcie do domu, w którego drzwiach rzuca mi się na szyję sześcioletnia córka małżeństwa uchodźców mieszkających z Faridem i ze szczerbatym uśmiechem recytuje „Wie geht es Ihnen?”, czuję się podle.

– Zasługujesz na coś o wiele lepszego – mówi Farid, wprowadzając mnie do domu, chyba tylko po to, żeby mnie dobić. – Chciałem przygotować dla ciebie wszystkie rodzaje mięs po syryjsku, ale tu nie ma takiego mięsa jak u nas. – Farid jest wyraźnie zmartwiony. Patrzę na kunsztownie ułożone na stole potrawy: ręcznie robiony humus, pity naturalne i z ostrymi sosami, sałatki, oliwki, papryczki i niezliczoną ilość sowicie oprószonych przyprawami grillowanych mięs. Przy stole mała Meriem z mamą i tatą, bracia Hazem i Sadiq – studenci, a także Farid. Wszyscy roześmiani i nieco skrępowani moją obecnością, patrzą na mnie tym wzrokiem pełnym niczym nie uzasadnionej wdzięczności. Widząc to, wściekam się, że w ogóle dopuściłam do siebie wcześniejsze myśli. Farid dostrzega mój dziwny wyraz twarzy i skrępowany mówi: – Przepraszam, następnym razem zrobię lepszy obiad.

Farid też nie jest święty. Jeszcze będąc w obozie dla uchodźców, tym, w którym spali po 350 osób na jednej sali gimnastycznej, zbluzgał kierownika i powiedział, że „w d... ma taką pomoc”. Według zeznań Farida kierownik zamykał prysznice i otwierał je tylko na kilka godzin co dwa dni. Ludzie śmierdzieli na potęgę, bo ile osób może się wykąpać pod dziesięcioma prysznicami w tak krótkim czasie?

Farid jest też nieformalnym adwokatem swoich ludzi, grupy chrześcijańskiej, która stara się trzymać razem. Jako jedyny mówi biegle po angielsku i oprócz rozwiązywania własnych problemów ciągle pośredniczy w ratowaniu reszty grupy w niemieckich urzędach. To prawie jak pełnoetatowa praca, więc Farid ma czasem i swoich dość. Najbardziej się wkurza, gdy nie sprzątają. – Nienawidzę brudu i braku prywatności – mówi i to z reguły jest znak, że za chwilę wyleją się z niego złość i żal za utratą dawnego życia. Brud to zawsze powód do jego złości, preludium do afery. A brudu w ostatnich miesiącach było wokół Farida dużo.

Farid nie chce się dzielić tym, kto z jego znajomych zginął, kto został ciężko ranny, kto stracił kogoś bliskiego. Koncentruje się na opowiadaniu, jak jego życie wyglądało wcześniej, jak zamożna była jego rodzina, jakie miejsce zajmowali w hierarchii społecznej, „miejsce, o którym kierownikowi ośrodka, co ma nas za nic, się nie śniło”. W Faridzie dużo jest goryczy, ale też dużo siły. To pocieszające, bo między jednym papierosem a drugim, pomiędzy narzekaniami, nienawiścią do ISIS, złością na działanie systemu w Niemczech w oczach Farida płonie niezmordowana chęć życia. I przepotworna tęsknota.

Farid nigdy wprost o to nie prosił, ale wspomniał, że usiłuje wydostać swoje dwie siostry z Syrii. Jedna to ta, którą wcześniej porwało ISIS, druga – anglistka, wraz z mężem dziennikarzem i dwuletnim synkiem mieszka kilkanaście kilometrów od obozu ISIS. Nie chcą ryzykować nielegalnej przeprawy przez morze. Poza tym Farid sam ma dość ostre zdanie o przyjmowaniu przez Europę wszystkich uchodźców, a szczególnie tych przybywających bez dokumentów. – W obozie przejściowym już w Niemczech byłem na sali z jednym takim z mojej wioski. Ja wiem, kim on jest i co robił w Syrii, ale wy się jeszcze musicie przekonać. Za pięć, może dziesięć lat zobaczycie, kogo wpuściliście na tej fali waszej niekontrolowanej „dobroci” – mówi wzburzony. Dlatego chce, aby siostry dostały się do Europy legalnie. Złożył też wniosek o przyjęcie jednej z sióstr przez Kanadę, bo słyszał, że tam przyjmują uchodźców i dają pracę. Ale Kanada jest strasznie daleko i nikogo tam nie znają – dziewczyna się boi.

Bliższa koszula ciału

Od kiedy wróciłam do Polski, usiłuję sprowadzić jego siostry do kraju. Pomyślałam, że to nie może być zbyt skomplikowane – wystawię dla nich zaproszenie, pójdą z nim po wizę do konsulatu polskiego w Libanie (Farid sprawdził, że mogą się tam bezpiecznie przedostać), a potem wsiądą do rejsowego samolotu do Polski.

Wszystko wydaje się zbyt proste, więc to pewne, że problemy są tylko kwestią czasu.

Pojawiają się szybko. Okazuje się bowiem, że przy wystawieniu zaproszenia urząd sprawdza, czy stać mnie na utrzymanie czworga uchodźców. A konsulat RP, wystawiając im wizy – czy stać ich na życie w Polsce. I tu pojawia się problem. Bo o ile mam wystarczająco dużo kontaktów, żeby wiedzieć, że wspólnie rodzinę Farida utrzymamy, to mój osobisty stan posiadania absolutnie na to nie wskazuje. Ich stan konta jest jeszcze bardziej opłakany. Na dzień dobry więc nie mogę zrobić nic. Szukam zatem możliwości legalnego sprowadzenia rodziny Farida w inny sposób. W końcu jakiś być musi. Przecież nie walczę o przyjęcie tysięcy osób, tylko jednej zaprzyjaźnionej rodziny.

Na początek pytam w Caritas.Dostaję następującą odpowiedź:

Caritas: „Staramy się o możliwość transportowania niewielkiej grupy osób, nie tylko chrześcijan. Warunkiem jest, aby życie tych osób było zagrożone – głównie z powodów medycznych. Innego rodzaju zgody nie otrzymamy”.
Rodzina Farida na szczęście jeszcze na łożu śmierci nie leży, szukam więc dalej. Pytam w Fundacji Estera, która miała sprowadzić 300 chrześcijańskich rodzin z Syrii, a poprzestała na 52.
Fundacja Estera: „Nie mamy na razie zielonego światła, żeby sprowadzać. (Rząd) niby ma podejście otwarte, ale na razie nie wspiera”.

Pytam dalej:

PAH: „Przykro nam, pomagamy na miejscu, nie pomagamy sprowadzać ludzi z Syrii”.
Refugees Welcome: bez odpowiedzi.

Znajomy zaangażowany w pomoc chrześcijanom z Syrii: „Chciałbym, ale naprawdę nie mogę. Wystawiłem ostatnio zaproszenia dla kilku osób z Syrii i co kilka dni jestem na dywaniku w urzędzie”.

Refugees.pl: „Spójrzmy prawdzie w oczy, pani Olu. Żadna fundacja pani nie pomoże sprowadzić ludzi z Syrii, bo nie mamy funduszy na to poświadczenie za nich. Fundacje nie mają pieniędzy nawet na swoją podstawową działalność, nie wiemy, czy w przyszłym roku dostaniemy dotacje”.

Idę na debatę o uchodźcach. Uczestniczą w niej przedstawiciele UNHCR, Uniwersytetu Warszawskiego, Urzędu ds. Cudzoziemców, Parlamentu Europejskiego, Frontexu i Fundacji Refugees.pl. Dowiaduję się tam, że do Polski w ubiegłym roku wpłynęło 12 000 wniosków o udzielenie azylu. Oraz że pozytywnie rozpatrzono ok. 270. Dla porównania: w ubiegłym roku Niemcy udzieliły statusu uchodźcy 141 000 osób. Pytam więc pana z Urzędu ds. Cudzoziemców: jeśli chciałabym zaprosić zaprzyjaźnioną rodzinę z Syrii do Polski, co muszę zrobić i na jakie wsparcie ta rodzina może liczyć? Pan odpowiada bardzo uprzejmie, że wszyscy Syryjczycy otrzymują status uchodźcy bardzo szybko, ale o tym, jak mogą się tu pojawić legalnie, już się nie mówi. Pan jest naprawdę miły, ale najwyraźniej wie, że ja wiem, że droga legalna jest praktycznie niemożliwa. Na pytanie, na jakie wsparcie socjalne ze strony kraju mogą liczyć uchodźcy, również nie dostaję odpowiedzi.

A w kwestii socjalu teoretycznie sprawa ma się następująco. Osoba składająca wniosek o udzielenie azylu może zamieszkać w ośrodku dla uchodźców i otrzymuje ubezpieczenie. Jeśli ktoś chce mieszkać poza ośrodkiem, a gwarantuję, że większość z nas nie chciałaby w takim ośrodku mieszkać, to dostaje maksymalnie 750 zł miesięcznie. Kwota ta ma wystarczyć na opłacenie czynszu na wolnym rynku, wyżywienie i inne drobne wydatki – na transport, leki, kosmetyki, ubrania. Bo dopiero po pół roku od złożenia wniosku o status uchodźcy osoba taka ma prawo do podjęcia pracy. Czy jest możliwe utrzymanie się w Polsce za 750 zł miesięcznie? A od organizacji zajmujących się pracą z uchodźcami na co dzień dowiaduję się, że i o te 750 złotych nie tak łatwo.

Do tej pory zastanawiałam się: dlaczego uchodźcy nie przyjadą legalnie, skoro aby dostać się nielegalnie i tak muszą zapłacić średnio ok. 3000 dolarów przemytnikom? Dlaczego z tych, którzy dostali się do Polski, wielu uciekło do Niemiec? Teraz już mnie to nie dziwi.

Serce śmiać się nie chce

Faridowi nawet o połowie moich odkryć nie mówię, bo jest mi wstyd. Piszę tylko, że walczę i nie odpuszczę. Farid odpisuje na moją wiadomość. Wymieniamy tych wiadomości codziennie dość dużo, od kiedy jestem z powrotem w Polsce. Jest miły i wdzięczny za wszystko, jak zawsze. Ale w tym, jak Farid pisze, coraz mniej jest życia. Nie ma już nawet niedawnej złości, nie ma też zbytniej radości z dobrych nowin. W ogóle mało już w Faridzie emocji.

Dla Farida zaczyna się druga niemiecka zima. Za oknem socjalnego mieszkania pod Frankfurtem na używane rowery pada deszcz zmieszany ze śniegiem. Farid marzy o przyszłości, takiej, w której się żyje, a nie ciągle czeka. Chciałby się uczyć niemieckiego i wie, że musi to zrobić, ale kolega na łóżku powyżej ogląda na telefonie kolejne bombardowania, a zza ściany z pustaków dochodzą odgłosy małżeńskiego życia sąsiadów.

Prawnik znowu od miesiąca nie dzwoni, a to znaczy, że Farid dalej nie dostał statusu uchodźcy, na który czeka już siedemnaście miesięcy. Bez niego niewiele może zrobić poza uczeniem się języka, ale po co się uczyć, jeśli go tu nie chcą? Nie chcą go w urzędach, na ulicy też go nie chcą, nie chcą go lokalni, bo wygląda inaczej, nie chce go większość uchodźców, bo choć wygląda jak oni, to mówi inaczej, a na ramieniu ma wytatuowanego Jezusa w cierniowej koronie.

Kiedyś Farid powiedział mi, że Europa była dla nich jak Ziemia Obiecana. Czekali z utęsknieniem, żeby być wśród ludzi, dla których życie i godność ludzka coś znaczą. A dziś dostaję na Messengerze wiadomość od Farida: „Wiesz co, sam już nie wiem, czy dostając się do Europy, tak naprawdę uratowałem życie, czy je straciłem”.