Jedna wiara, jeden chrzest

Andrzej Macura

Nasi wschodni sąsiedzi obchodzą 1030 lecie chrztu Rusi Kijowskiej. Ale...

Jedna wiara, jeden chrzest

Ani to rocznica okrągła, ani półokrągła ;). Dlaczego zarówno w Kijowie jak i w Moskwie zdecydowano się na wielkie obchody?  Pewnie gdyby nie trwająca od czterech lat rosyjsko-ukraińska wojna (bo słowo konflikt jest w tym wypadku zdecydowanie eufemizmem) nikomu nie przyszłoby to do głowy. Tymczasem wojna spowodowała, że to, co jeszcze przed „drugim Majdanem” z trudem można by nazwać rowem, powoli staje się przepaścią. Po wiekach mniej czy bardziej wymuszonego, ale jednak sojuszu Kijowa i Moskwy, drogi obu narodów się rozchodzą. Ci, którzy dalej będą próbowali trwać nad tą przepaścią w rozkroku, wcześniej czy później w nią wpadną. A płaszczyzna kościelna jest tego rozejścia się najbardziej jaskrawym przykładem.

W upraszczającym skrócie: Kijów, Ruś, przyjęły chrzest z Bizancjum. I przez wieki pod jego wpływem się znajdowały. Włączenie tych ziem w kościelna orbitę Moskwy nastąpiło pod koniec XVII wieku i wiązało się ze wzrostem politycznego znaczenia Rosji. Do roli zwykłej sufraganii Rosyjskiego Kościoła Prawosławnego Kijów zdegradowany został na początku XIX wieku. Pod koniec XX wieku, po odzyskaniu przez Ukrainę niepodległości zrodził się pomysł odzyskania także „kościelnej niepodległości”. Powstał Ukraiński Kościół Prawosławny Patriarchatu Kijowskiego, ale do konfliktu Ukrainy z Rosją duże, jeśli nie większa znaczenie, miał w tym kraju Kościół prawosławny zależny od Moskwy. Ten pierwszy nie został zresztą uznany przez żaden z autokefalicznych Kościołów prawosławnych, co mocno osłabia jego pozycję. Wojna sprawiła, że ta sytuacja zaczyna się zmieniać. Obchody całkiem nieokrągłej, 1030. rocznicy Chrztu Rusi to element rozgrywki  o rząd dusz: czy Moskwa dalej będzie się mogła uznawać za duchowego spadkobiercę tamtych wydarzeń czy też Kijów wróci do swoich korzeni, a Moskwie pozostanie przyznać, że może i jest Trzecim Rzymem, ale z korzeniami o kilkaset lat historii chrześcijaństwa płytszymi.

Moskwa ma wiele do stracenia. I w sferze kościelnej i państwowej. Gdyby z Cerkwi Moskiewskiej odeszli wierni z Ukrainy, przestałaby być największym Kościołem prawosławnym. Rosja zaś straciłaby  wygodne narzędzie do oddziaływania na dusze Ukraińców i trzymanie ich przy ideach panslawistycznych (pod przewodnictwem Rosji oczywiście). Stąd próba pokazania w Mokswie, że Chrzest Rusi to nasz chrzest, to nasz mit założycielski. Tymczasem Ukraina czyni starania, by to przekreślić. Między innymi przez zdobycie autokefalii (samodzielności) od Kościoła, który według reguł zasad obowiązujących w prawosławiu nigdy zwierzchnictwa nad prawosławiem tych ziem się nie zrzekł – Patriarchatu Konstantynopola.

Co będzie dalej? Trudno powiedzieć. Z tego co mówili w Kijowie przedstawiciele Konstantynopola można by się niebawem spodziewać ogłoszenia decyzji o autokefalii dla prawosławia ukraińskiego. Mało jednak prawdopodobne, by decyzja ta znalazła uznanie innych Kościołów prawosławnych, o czym zdaje się świadczyć obecność przedstawicieli sporej części z nich na obchodach w Moskwie. Trzeba też pamiętać, że Patriarchat Konstantynopola, mający siedzibę w zdecydowanie muzułmańskiej Turcji nie ma, jak Moskwa,  wsparcia państwa. Czy w takiej sytuacji autokefalia dla Kijowa może się udać? To znaczy czy może nie tylko zostać ogłoszona, ale przetrwać dłużej?

Wydaje się, że jeśli nie pojawi się jakaś mało przewidywalna okoliczność, która mogłaby zmienić ten układ sił, pomysł autokefalii dla ukraińskiego prawosławia raczej nie wypali. Zwłaszcza że taka decyzja na pewno groziłaby rozbiciem i tak już nadwątlonej prawosławnej jedności. Historia jednak całkiem często zaskakuje. Różnie więc być może. W każdym razie możemy być pewni, że w najbliższych latach będzie się w tej kwestii sporo działo.

Nam, katolikom w Polsce, pozostaje jeszcze jedno. Zauważyć, jak mocno kwestie narodowe i polityczne mogą zburzyć wypływającą z jednej wiary i jednego chrztu jedność. Dziś, gdy tyle w naszym kraju sporów warto to sobie uświadomić. I przestawić akcenty z tego, co nas dzieli, na to, co łączy.