Dwa brzegi

Marcin Jakimowicz; GN 36/2019

dodane 08.10.2019 06:00

Jedna z najważniejszych granic cywilizacyjnych przebiega przez Polskę. To tu pielęgnujący kulturę słowa, racjonalny Zachód spotyka pachnący jerozolimskim kadzidłem, całujący ikonę i bijący niskie pokłony Wschód. A między Bugiem a prawdą, dlaczego, skoro tak wiele nas łączy, tak trudno nam się spotkać?

Dwa światy spotykają się nad Bugiem.  Na zdjęciu Święto Spasa na Grabarce. roman koszowski /foto gość Dwa światy spotykają się nad Bugiem. Na zdjęciu Święto Spasa na Grabarce.

Rozlewiska parują. Komary urządziły wściekły atak. Stoję na granicy światów. Leniwe fale Bugu ze znudzeniem odbijają promienie słońca. Nieświadome tego, że są pilnie śledzone przez satelity, Wojska Ochrony Pogranicza oraz Instytut Meteo­rologii i Gospodarki Wodnej. Po drugiej stronie rzeki: prawdziwe morze. Tak, tak! Ponad dwieście milionów wyznawców prawosławia i unitów na terytorium ciągnącym się… aż do Kamczatki.

Według badań Pew Research Center 71 proc. obywateli Rosji stanowią prawosławni (aż 95 proc. z nich należy do Rosyjskiego Kościoła Prawosławnego). To teren 157 diecezji, niemal 30 tysięcy parafii i 830 tętniących modlitwą monasterów. A prawosławni i grekokatolicy z 40-milionowej Ukrainy i niemal 10-milionowej Białorusi?

Dwa światy spotykają się nad Bugiem, w granicach Rzeczypospolitej. To rzeczywistość naszego „bardzo bliskiego Wschodu”. Po prawej stronie rzeki żyją ci, którzy wyssali z mlekiem matki śpiew „Gospodi, pomiłuj”, po lewej śpiewający „Panie, zmiłuj się nad nami”. I jednych, i drugich łączy greckie „Kyrie eleison”.

Na styku

To oczywistość. A jednak dokładnie pamiętam chwilę, w której po raz pierwszy z wielką intensywnością dotarło do mnie, że stoję na nieoznaczonej, niewidzialnej granicy kultur. Wieczorem 17 sierpnia przed dziewięciu laty. W Siemiatyczach. Na przystanku PKS-u. Gdy tłum czekał na patriarchę Konstantynopola Bartłomieja.

Ten przybywający na Grabarkę siwiuteńki starzec (pierwszy od 1054 roku duchowy przywódca prawosławia, który wziął udział w inauguracji pontyfikatu biskupa Rzymu) powiedział wówczas pod Zajazdem u Kmicica: „Wasze korzenie są w Bizancjum”. I miał rację.

W tłumie stało wiele osób, których korzenie były w Rzymie. Czy te światy mają okazję się spotkać? A może od wieków pielęgnują swoje ogródki, udając, że za miedzą nie mieszka żaden sąsiad?

W którym miejscu przebiega granica? Gdzie chrześcijański Wschód spotyka Zachód? W cerkwi Zaśnięcia Najświętszej Maryi Panny przy ulicy Szpitalnej w Krakowie? We wrocławskiej czy gliwickiej społeczności Ormian pielęgnujących liturgię kraju, który Osip Mandelsztam nazwał „ziemią krzyczących kamieni”? W Warszawie-Wesołej, w której mistrz Jerzy Nowosielski malował zapierające dech w piersiach freski, nie mając pojęcia, że w kościele będzie modliła się ekumeniczna wspólnota? Nie. To jedynie przyczółki, ambasady, konsulaty. Myślę, że prawdziwą granicą światów są Jaworki nad krętym Grajcarkiem, potokiem łączącym Białą i Czarną Wodę na zachód od ślicznego wąwozu Homole. U progu dawnej cerkwi św. Jana Chryzostoma. Na zachodnim krańcu ziemi Łemków, którzy zapuścili korzenie w Beskidzie Niskim. To tu (cisza jak makiem zasiał, drewniane chyże, dwujęzyczne tablice plus bezkresne lasy, w które wrośnięte są kamienne krzyże i kikuty kaplic) język polski, a wcześniej łacina spotykały ukraiński i staro-cerkiewno-słowiański.

To tu pastelowa „Cicha noc” (czyli „Stille Nacht” z austriackiego Oberndorfu pod Salzburgiem) nucona jest obok ukraińskiej kolędy „Dobryj weczir tobi, pane hospodariu. Oj radujsja zemłe, Syn Bożyj narodywsja!”. Spotkanie światów widać najwyraźniej w styczniu, gdy przez Bieszczady, Polesie i Podlasie płynie biblijna rzeka Jordan, wody śmierci zmieniają się w strumienie życia, a stłoczony przy studniach zmarznięty tłumek śpiewa: „Na jordańskich falach czystych/ przywitał Chrystusa Jan./ Światłem promieni srebrzystych/ błysnął w górze tęczy łan”.

Dwa chrzty

Z jednej strony unickiej cerkwi w Łosiu krzyż z datą 988 – „chreszczenia Rusi”. Z drugiej brama z napisem „Totus Tuus” i datą upamiętniającą zanurzenie w wodach chrzcielnych Mieszka, które nastąpiło 22 lata wcześniej. Dwa chrzty. W dwu różnych tradycjach. Konsekwencja wielkiej schizmy podziału na prawosławie i katolicyzm, które w 1054 r. wzajemnie obłożyły się anatemami. Kniaź Włodzimierz przyjął chrzest w krymskim Chersonezie i poślubił siostrę cesarza Bizancjum Bazylego II. Po powrocie do Kijowa wrzucił symbolicznie do Dniepru posąg Peruna i nakazał przeprowadzenie masowego chrztu ludności. Ruś podporządkowano patriarchatowi Konstantynopola.

Rozdarcie chrześcijaństwa jest największym skandalem świata. „Ojcze, zachowaj ich w Twoim imieniu, które Mi dałeś, aby tak jak My stanowili jedno” – błagał tuż przed śmiercią Jezus. Dziś o wiele łatwiej można wskazać w Polsce miejsca, w których katolicy modlą się z protestantami, niż te, w których Rzym spotyka się z Bizancjum (nie wspominam Tygodnia Modlitw o Jedność Chrześcijan, na którym nie wypada nie bywać, choć i tu słyszałem o „usprawiedliwionych nieobecnościach”). Stojący na granicy światów Polacy jak nikt inny mają szansę budowania mostów. Błogosławienia sobie nawzajem. Przełamywania stereotypów. Mobilizuje nas do tego samo położenie geopolityczne. Troszkę jak w dowcipie Mleczki: złośliwie uśmiechający się Bóg zaciera ręce: „A Polakom zrobię kawał i umieszczę ich między Niemcami a Związkiem Radzieckim”.

Miał rację Czesław Miłosz udowadniający w „Rodzinnej Europie”, że podzieliła nas historia i polityka. Wierni na Podlasiu (bywam tam regularnie) naprawdę nie zaprzątają sobie głów subtelnościami teologicznego sporu o Filioque. „Katolicyzm Polski ukształtowała sytuacja historyczna krajów na wyznaniowych peryferiach, zwłaszcza w XIX w., czyli opór przeciwko protestanckim Prusom i prawosławnej Rosji” – pisał autor „Zniewolonego umysłu”. „Kultura polska rozwijała się w orbicie Watykanu i nie stanowił wyjątku niedługo trwający ferment Reformacji, kiedy wielki spór raczej budził ciekawość dla papiestwa, niż od niego ostatecznie oddalał. Pod władzą caratu zmiana wyznania na prawosławne powodowała wyłączenie ze wspólnoty. Taki człowiek zasługiwał na nieufność jako potencjalny albo rzeczywisty kolaborant. Religia stała się więc instytucją, dzięki której przechowywano odrębność narodową i pod tym względem Polacy przypominali Żydów w Imperium Rzymskim”.

Znam doskonale podłoże konfliktów, meandry sporów, bolesne karty historii. Jedna odnoga mojej rodziny pochodzi z Wilna, druga z przedwojennego województwa stanisławowskiego.

Czy można przełamać budowaną przez stulecia niechęć? Wierzę, że tak. Doświadczyłem tego wielokrotnie. Na mikroskalę, ale czy z takich okruchów nie składa się życie? Pamiętam, że gdy podjechaliśmy pod ukrytą na uroczysku w Koterce błękitną cerkiew, kręcący się wokół świątyni pop, ujrzawszy naklejkę „Gość Niedzielny”, wewnętrznie się nastroszył. Wystarczyło jednak, że zagadnąłem go o genialną książkę „Ogień Ducha Świętego” Serafina z Sarowa, ostatniego świętego prawosławia kanonizowanego przed bolszewicką rewolucją, a rozbłysły mu oczy. Rozmawialiśmy o pełnym ognia dialogu, jaki z tym eremitą prowadził Motowiłow. Łączyło nas więcej, niż moglibyśmy przypuszczać.

Siostry w separacji

Łapię duchowy oddech, widząc pątników z Orli czy Hajnówki, którzy na kolanach obchodzą cerkiew na Grabarce, nucąc hymny w języku staro-cerkiewno-słowiańskim (brzmi to o niebo lepiej niż radosna twórczość pielgrzymów śpiewających biesiadnie „Do Maryi udaj, udaj się” na melodię dyskotekowego mołdawskiego O-Zone).

Nawiedzający Białystok Jan Paweł II nazwał nasze Kościoły siostrzanymi. Przez wieki siostry nie żyły w zgodzie, mają za sobą długą, bolesną historię. Ponad tysiąc lat separacji i odmienne kręgi kulturowe, w których dorastały, sprawiły, że czują się względem siebie obco. Funkcjonują obok siebie. Jeśli nie we wrogości, to w obojętności.

Łączy nas ikona. Polacy, którzy w sierpniu masowo pielgrzymowali do Czarnej Madonny (paulini zanotowali rekordową frekwencję), doskonale o tym wiedzą. Arcybiskup Grzegorz Ryś nie ma wątpliwości: „Ikona jasnogórska to najmądrzejszy obraz maryjny w Polsce. Na wielu innych ikonach typu Hodegetria prawa ręka Maryi wskazuje księgę, słowo Boże. Maryja na ikonie jasnogórskiej wskazuje wprost na Jezusa”.

Ikona, pamiętajmy, jest rzeczywistością chrześcijaństwa sprzed podziału, Wschód jedynie pielęgnował tę tradycję! Ten święty obraz naprawdę ma moc łączenia i rozbrajania. Pamiętam poruszającą opowieść, którą słyszałem w Medjugorju. Gdy w czasie wojny bałkańskiej pod hercegowińską wioskę podchodził serbski front, w domu Wspólnoty Błogosławieństw trwała modlitwa. Jej członkowie w biało-brązowych habitach jak zwykle śpiewali hymny przed ikoną Matki Boskiej Włodzimierskiej. Nagle do domu brutalnie wtargnęli Serbowie. Wpadli do kaplicy z karabinami i… pościągali z głów czapki. Zdumieni ujrzeli swą „świętą prawosławną” Matkę Boską Włodzimierską. Obraz okazał się mostem.

W biografii siostry Faustyny Ewa Czaczkowska przytacza ciekawe wspomnienie. Pochodząca z wielokulturowej Suwalszczyzny s. Samuela Wasilewska opowiadała: ‚„Weszłyśmy z Faustyną do cerkwi, bo chciała mi i to pokazać. Pomodliła się. Mówiła, że Boga trzeba uwielbiać w każdym miejscu. Wspominała także o zjednoczeniu Kościołów, że to ma w przyszłości nastąpić”.

A wracając na siemiatycki przystanek PKS-u… Patriarcha Bartłomiej powiedział: „Przyszłe pokolenia zobaczą Kościół zjednoczony, co położy kres wielkiej schizmie. Nie doczeka tego moje pokolenie, ale przyszłe z pewnością”.

Czy wszyscy powiedzą na to: Amen/Amin? 

Tagi: