Krok ku jedności

To wiadomość prawdziwie sensacyjna: kalwini postanowili przyjąć „Wspólną deklarację w sprawie nauki o usprawiedliwieniu”.

Podpisana w 1999 roku przez katolików i większość wspólnot protestanckich, potem przyjęta została też przez metodystów. Po latach jej treść przyjmuje kolejna wywodząca się reformacji denominacja. Choć droga do jedności jeszcze bardzo daleka, usunięty zostaje w ten sposób historycznie najistotniejszy z dzielących nas problemów.

Konkretniej? No to trzeba by zajrzeć do owej deklaracji. Nie jest to lektura łatwa. Człowieka nieobeznanego z teologią może przyprawić o wytrzeszcz oczu. Ze zdumienia oczywiście. Że teologowie potrafią tak dzielić włos na czworo. Tyle że to nie wina dzisiejszych teologów. Odnieśli się tylko do sporu, który rozpalił umysły chrześcijan w XVI wieku i wykazali,  że tak naprawdę między katolikami a protestantami nie było w kwestii nauki o usprawiedliwieniu istotnych różnic. Tyle że materia problemu naprawdę jest bardzo skomplikowana. A kiedy wszystko odbywa się w duchu polemiki, łatwo nie zrozumieć adwersarza (nota bene ważna uwaga w kontekście dzisiejszych sporów).

Dla tych, którzy nie mają zamiaru wchodzić w teologiczne subtelności najważniejszym w tej Deklaracji jest chyba jej punkt piąty:

„Chce ona (Deklaracja) ukazać, że na podstawie dialogu Kościoły luterańskie i Kościół rzymskokatolicki są teraz w stanie reprezentować wspólne rozumienie naszego usprawiedliwienia przez Bożą łaskę w wierze Chrystusa. Nie zawiera ona wszystkiego, co w każdym Kościele naucza się na temat usprawiedliwienia; stanowi jednak konsens w podstawowych prawdach nauki o usprawiedliwieniu oraz ukazuje, że istniejące nadal różne podejścia nie są już powodem do formułowania potępień doktrynalnych” (podkreślenie autora komentarza).

Niezwykle ważne stwierdzenie. Przypomina wszystkim skłonnym do odgrzewania starych sporów – między innymi na internetowych forach – że w kwestii nauki o usprawiedliwieniu nie różnimy się. Wyciąganie takich czy innych stwierdzeń dotyczących tego tematu dla wykazania, że adwersarz jest heretykiem, jest dziś jedynie dowodem ignorancji tego, który by takie oskarżenie próbował postawić.

Nauka o usprawiedliwieniu jest akurat jedną z najtrudniejszych części dogmatyki. Podejrzewam, że wielu w tej dziedzinie mamy „materialnych heretyków”. To znaczy takich, których poglądy czy nawet nauczanie nie są zgodne z ortodoksją, choć oni sami o tym nie wiedzą. Kto wie, co w usprawiedliwieniu jest przyczyną celową, co przyczyną sprawczą, co przyczyną zasługującą, co przyczyną narzędziową albo i formalną? Nie wymyślam. Takie między innymi rozważania zawarte są w „Dekrecie o usprawiedliwieniu” Soboru Trydenckiego (rozdział 7). Nawet zawarte na końcu tego dokumentu anatemy – jest ich aż 33 – mogą być mało zrozumiałe. Pewnie stwierdzenie, że:

„Gdyby ktoś mówił, że człowiek może być usprawiedliwiony przed Bogiem przez swoje własne czyny, dokonywane siłami natury ludzkiej albo z pomocą nauki Prawa, ale bez łaski Bożej przez Jezusa Chrystusa – niech będzie wyklęty”

... choć może czasem w praktyce zapominane, jest jednak zrozumiałe. Ale już na przykład taka anatema 12:

„Gdyby ktoś mówi, że wiara usprawiedliwiająca jest niczym innym, jak tylko ufnością w miłosierdzie Boże odpuszczające grzechy ze względu na Chrystusa, albo że tylko tą ufnością jesteśmy usprawiedliwieni – niech będzie wyklęty”.

Łatwe do zrozumienia to nie jest, prawda?

Trochę złośliwie przytaczam tu fragmenty dokumentu Soboru Trydenckiego żeby uświadomić skomplikowanie zagadnienia, o które przez wieki z protestantami się spieraliśmy. Tak, spór dotyczył bardzo ważnej dla każdego przeciętnego chrześcijanina kwestii. Chodziło o przypomnienie – z jednej strony – że człowiek żadnymi swoimi czynami nie jest w stanie zapewnić sobie nieba. Z drugiej – że wiara nie jest tylko intelektualnym powiedzeniem Bogu „tak”; że owo „tak” musi być odpowiedzią daną całym życiem. W ogniu polemiki tak go jednak skomplikowano, że trudno się było w tym wszystkim połapać. Dlatego tak łatwo padały oskarżenia o herezję. Niestety, to ten spór stał się głównym powodem podziału. Widząc jak się sprawy mają, dziś musimy być już o to doświadczenie mądrzejsi.

Jeśli kogoś bardzo zmartwiło, że niewiele rozumie z zawiłości nauki o usprawiedliwieniu albo że być może dotąd tkwił w błędnych przekonaniach niech się zbytnio nie przejmuje. Pewien nieżyjący już profesor, znawca poglądów starożytnych gnostyków opowiadał nam kiedyś, jak z wielkim zainteresowaniem przysłuchiwał się na wskroś przesiąkniętym gnostycyzmem poglądom światłych ludzi kultury, którzy byli przekonani, że tak uczy Kościół. Inny z kolei, na moją uwagę, że w odnoszeniu się do Ojca, Syna i Ducha grozi nam tryteizm (wiara w trzech Bogów) stwierdził, że bardziej obawiałby się swoistego monizmu, pomijającego istnienie Trzech Osób Bożych. Tak, znajomość teologii pomaga właściwie budować pobożność. Ale przecież Bóg „tajemnice królestwa objawił prostaczkom”. Znajomość teologicznych zawiłości do zbawienia potrzebna nie jest. Byle nie próbować traktować ich jako młota na inaczej wierzących.

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Pobieranie...

Reklama

  • Gość
    05.07.2017 21:13
    W deklaracji o usprawiedliwieniu (na jej końcu) KK w sposób zawiły i pokrętny, ale jednak przyznaje, że w XVI wieku teologicznie się mylił (a dokładniej: dziś rozumie problem inaczej niż wtedy mówił). To cichy i pokątny, ale wielki przełom. Szkoda że pan Macura, jak to zwykle on, uprawia bezkrytyczną apologię katolicyzmu i nie wspomina nawet pół słowem, że reformacja zaczęła się od tego, że KK ordynarnie (jako depozytariusz i "hojny" rozdawca łaski bożej) kupczył zbawieniem, sprzedając za pieniądze odpusty za żywych i umarłych.
  • Gość
    05.07.2017 22:18
    Uprzejmie dziękuję za miniwykład na temat katolickiej teologii odpustów. Nigdy nie była dla mnie szczególnie przekonująca jako teoria (ciekawe, ilu ludzi zdobyłby dla Chrystusa św. Paweł, gdyby szedł w świat z taką "ewangelią"). W XVI wieku jednak teoria ta była tak realizowana w praktyce, że dominikanin Tetzel dość bezczelnie i na chama sprzedawał zbawienie (owieczki przynajmniej tak to odbierały) za pieniądze i odpusty. To kazało Lutrowi zastanowić się nie tylko nad praktyką, ale też i nad teorią / teologią, co doprowadziło go do przyjęcia teologii Łaski, i całego nauczania o usprawiedliwieniu z łaski przez wiarę. W Deklaracji z 1999 KK w uznał, że co do istoty Luter zasadniczo się nie mylił. I to jest prawdziwa zmiana, bowiem w XVI wieku na myśl Lutra Sobór trydencki miał tylko jedną odpowiedź: bełkotliwą, pokrętną i abstrakcyjną teologię oraz anatemy, które raczył Pan zacytować. Przy okazji: nie jestem protestantem. Po prostu interesuję się historią Kościoła.
  • JAWA25
    06.07.2017 14:23
    redaktor pisze "że obie strony miały wtedy rację. I katolicy i protestanci. Tylko się w ogniu polemiki nie rozumieli. Ale jednocześnie ta deklaracja pokazuje, że obie strony racji nie miały . Nie miały, jeśli chodzi o potępienie tych drugich." To owe anatemy z Trydentu były czy nie były słuszne ? Bo już pogubić się można. "tak, nie, a co nadto od diabła pochodzi" ... I skąd pomysł, że rozmówca kwestionujący odpusty musiałby być akurat protestantem, zamiast powiedzmy prawosławnym (prawosławni np,. modlą się za wszystkich - jak 1 Tm 2,1 nakazuje). Rozróżnienie "darowania kary" od "darowania winy" jest niezrozumiałe (dokładnie "darowanie kary doczesnej za grzechy, które zostały odpuszczone co do winy", "nawet wtedy, gdy wina została odpuszczona w sakramencie pojednania pozostaje jeszcze kara za popełnione zło, którą grzesznik musi spłacić, aby w pełni się oczyścić" https://dominikanie.pl/2015/08/odpusty-co-to-wlasciwie-jest/ co jest jeszcze bardziej niezrozumiałe).
  • śwjacenty
    08.07.2017 14:39
    Panie redaktorze protestanci nie byli pierwszymi, którzy Księgi Machabejskie jak też parę innych tekstów uznali za apokryfy. Już za nienatchnione uważał je św. Hieronim, który w swojej "wulgacie" zawarł je w osobnym zbiorze, tak jak to zresztą uczynił Luter i inni tłumacze i wydawcy protestanccy do XVII wieku. Doktryna czyśćca nie nie jest jasno umocowana w Słowie Bożym i nie znajduje się w nauczaniu apostolskim. Owszem pierwsi chrześcijanie wspominali w modlitwach zmarłych, szczególnie męczenników dziękując za ich życie i zbawienie, modlili się przy grobach życzyli jak św. Paweł prawdopodobnie zmarłemu Onezymowi łaski w Dniu Pańskim. Nie był to jednak kult świętych, którzy mogliby wysłuchiwać i reagować na modlitwy. Nie były też to próby zmiany duchowej kondycji zmarłego przed Bożym Sądem przez składanie przebłagalnych ofiar. Jeżeli jednak jak pan wierzy, istnieje takie miejsce albo stan jak czyściec, w którym człowiek musi jeszcze coś zrozumieć, z czegoś się oczyścić i z czegoś zrezygnować, za coś zapłacić, to jak to możliwe, że przepisowa modlitwa za papieża i komunia ofiarowana w intencji zmarłego może spowodować odpust zupełny i darowanie statystycznych jak kiedyś liczono 500 lat mąk czyśćcowych ? Jeżeli to możliwe, to dlaczego w jakimś jednym akcie strzelistym papież nie wydobędzie jakimś super odpustem wszystkich z czyśćca ? Kontynuując można też zapytać, dlaczego katolicy wierząc w moc odpustów ofiarowują je ciągle za tych samych zmarłych ?
Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Reklama

    Reklama