Bardzo brakowało spowiedzi

– Chrystus był przy mnie, a ja modliłem się za Kościół i za porywaczy – tak 18 miesięcy w niewoli islamskiego gangu podsumowuje ks. Tom Uzhunnalil.

Szczegóły oswobodzenia pochodzącego z Indii salezjanina owiane są tajemnicą. Wiadomo jedynie, że przez swych ludzi mocno zaangażował się w to papież Franciszek, a kluczową rolę odegrali muzułmanie z Omanu. Przełożony generalny zgromadzenia salezjanów, wyznał, że nie wie, czy został zapłacony jakiś okup oraz że uwolnienie współbrata właśnie teraz było dla wszystkich ogromną niespodzianką.

Nie straciłem nadziei

Po porwaniu w marcu 2016 roku po ks. Tomie zaginął wszelki słuch. Co jakiś czas wypływały niesprawdzone informacje, m.in. ta, że został ukrzyżowany w Wielki Piątek. Sam misjonarz pojawił się na dwóch filmikach, które porywacze zamieścili w internecie domagając się okupu. Porywacze przedstawiali się, jako bojownicy Kalifatu Państwa Islamskiego w Jemenie, jednak wiele wskazuje na to, że byli to zwykli kryminaliści należący do gangu działającego nie z przyczyn ideologicznych tylko w celach rabunkowych. – Dwa dni przed oswobodzeniem mówiący trochę po angielsku mężczyzna zajrzał do mego pokoju, kazał mi się umyć i przebrać. Dostałem z powrotem moje spodnie. Potem zawiązali mi oczy i gdzieś pojechaliśmy. Byli wyraźnie podenerwowani. Długo czekaliśmy, ale nikt się nie pojawił. Wróciliśmy do bazy. Po kilkunastu godzinach kazali mi ubrać burkę, tak że byłem zakryty od stóp do głowy i znów wyruszyliśmy. Gdy się zatrzymaliśmy, jakiś mężczyzna podszedł i upewnił się, że to na pewno ja, a gdy się przesiadłem do innego samochodu, jechaliśmy bezdrożami wiele godzin, aż zdałem sobie sprawę, że opuściliśmy Jemen i jesteśmy w Omanie – wspominał po dotarciu do Rzymu ks. Tom. O tym, że ich współbrat odzyskał wolność, salezjanie dowiedzieli się dopiero, gdy ks. Tom był już w drodze do Włoch. Z pokładu samolotu Oman Air ktoś zadzwonił do generała zakonu mówiąc, że za kilka godzin mają przyjechać po uwolnionego brata na lotnisko. I głos ks. Toma w słuchawce zapewniający, że ma się dobrze i naprawdę jest wolny.

Pierwsze świadectwa o tym, co przeszedł w niewoli, mamy od współbraci, którzy przyjęli go w domu salezjanów leżącym na terenie Watykanu. Ks. Tom poprosił od razu, by mógł wejść do kaplicy i pomodlić się przed Najświętszym Sakramentem. Natychmiast chciał też odprawić mszę. Gdy mu jednak wytłumaczono, że najpierw musi przejść podstawowe badania, zgodził się. Wcześniej tylko chciał się wyspowiadać. Wyznał, że tego sakramentu mu bardzo brakowało w niewoli. - Nigdy nie czułem się sam. Wiedziałem, że Chrystus jest ze mną. Doświadczyłem mocno, że nic mi się nie może stać, jeśli Bóg tego nie chce. Nawet włos z głowy mi nie spadnie. To dawało mi siłę. Dlatego nie straciłem nadziei. Nie obawiałem się śmierci - dodał.

Bandycki napad

Ks. Tom został porwany w czasie ataku na dom opieki prowadzony przez Misjonarki Miłości w Adenie. Oprawcy bestialsko zamordowali cztery pracujące tam siostry oraz dwunastu ich pracowników i podopiecznych. Atak nie był przypadkowy. Dobrze wiedzieli, na co napadają i kogo zastaną na miejscu. Mówi o tym świadectwo jedynej ocalałej misjonarki, której przez kilka godzin po napadzie napastnicy bezskutecznie poszukiwali przetrząsając wszystkie budynki. - W czasie wojny w Jemenie siostry mogły zginąć wielokrotnie, Bóg jednak chciał, by było jasne, że zostały zabite za wiarę – podkreśla ocalona siostra Sally. Twierdzi, że islamiści znali dobrze ich rozkład dnia i zaatakowali dokładnie w czasie, kiedy misjonarki po porannej Eucharystii i modlitwie poszły do codziennych zajęć. Wspomina, że ich kapelan, którym był ks. Tom, każdego dnia powtarzał: „Bądźmy gotowi na męczeństwo”. Siostra Sally powiedziała, że ich muzułmańscy podopieczni prosili nartników, by oszczędzili zakonnice. - Jedyną odpowiedzią na te słowa były serie z karabinów – wspomina. Ona schroniła się w chłodni i choć terroryści tam zajrzeli, nie znaleźli jej.

Mieszkańcy ośrodka opowiedzieli o tym, jak ks. Toma wywleczono z kaplicy i wrzucono do samochodu wywożąc w nieznanym kierunku. Schwytano go w kaplicy w momencie, gdy spożywał konsekrowane hostie, by nie dopuścić do świętokradztwa. Napastnicy splądrowali kaplicę klasztorną, zniszczyli figurę Matki Bożej, krzyż oraz Biblie. Rozkradli praktycznie wszystko, co się dało. Uprowadzonego księdza wrzucili do bagażnika razem z pustym tabernakulum. – Wśród zrabowanych przez porywaczy rzeczy znalazłem kilka hostii. Dlatego na początku udało mi się odprawić Eucharystię. Potem z pamięci odmawiałem modlitwy mszalne i przypominałem sobie fragmenty Liturgii słowa. Wspominałem również historie prześladowanych księży – wyznaje hinduski ksiądz.

Zabić raczej nie chcieli

W czasie spotkania w Rzymie z dziennikarzami mówił o swej niewoli. Zapewnił, że codziennie modlił się za swych porywaczy i podziękował im, że się nad nim nie znęcali. - Traktowali mnie dobrze, jedynie gdy nagrywali filmy do umieszczenia w sieci, udawali, że zachowują się brutalnie. Mówili mi, że tak muszą. Dostawałem żywość, a nawet z czasem zapewnili mi leki na cukrzycę, co w ogarniętym wojną Jemenie nie było łatwe – wspominał.  Pytany, czy zmuszano go do przejścia na islam wyznał, że od swych oprawców otrzymał Koran po angielsku i go czytał. Usłyszał od nich, że jest jeden Bóg, jednak nikt nie nakazywał mu wyrzeczenia się wiary. Dodał, że generalnie kontakt z nimi był utrudniony, ponieważ porywacze rozmawiali wyłącznie po arabsku, tylko jeden trochę znał angielski. Mężczyźni nosili czarne stroje, ale nie zakrywali twarzy. – Zasłaniali mi oczy tylko wówczas, gdy kilka razy przewozili mnie z  miejsca na miejsce. Trudne było to, że wciąż nosiłem te same ubrania, ale zawsze miałem jedzenie i wodę – wspomina salezjanin.

Pytany, dlaczego właśnie jego oszczędzono w czasie napadu na misję, wyznał, że nie wie.  - Zobaczyli Hindusa, cudzoziemca, może liczyli na pieniądze. Wydaje mi się, że byli to zwykli kryminaliści, a nie islamscy fundamentaliści – zastanawia się. Po porwaniu pytali, kto się będzie starał go uratować - władze Indii, skąd pochodzi, księża, rodzina. Dopytywali, kogo zna w Jemenie i czy ma jakichś znajomych w wojsku rządowym. – Odpowiedziałem, że jako misjonarz podlegałem w tym kraju bp. Paulowi Hinderowi, wikariuszowi apostolskiemu Arabii Południowej, ale nie wiem, czy się z nim kontaktowali. Nie mam pojęcia komu zawdzięczam wolność – wyznaje.  

To wciąż boli

Ks. Tom poprosił dziennikarzy, by nie pytali go o zamordowane misjonarki miłości, z którymi pracował. – To wciąż zbyt boli – wyznał.

Ich współsiostry obecne były na tym spotkaniu. Przyniosły ze sobą ostatni list, jaki otrzymały przed zamordowaniem. - Kiedy bombardowania stają się ostrzejsze, klękamy przed Najświętszym Sakramentem, prosząc Jezusa Miłosiernego, by strzegł nas i naszych podopiecznych. Nieraz chronimy się pod drzewami, ufając, że Bóg nas ustrzeże, a potem biegniemy do naszych ubogich – pisały.  - Bóg nie może przestać być hojnym, dopóki trwamy w Nim i przy najuboższych. Nasi podopieczni to ludzie starzy, upośledzeni fizycznie i umysłowo, niewidomi – napisały zakonnice, podkreślając, że razem z nimi żyją i razem umrą.

Ks. Tom pytany o przyszłość powiedział: „moje życie i przyszłość należą do Boga”. Badania wykazały, że jest w dobrej formie i w Rzymie oczekuje na paszport, by wrócić do rodzinnych Indii. Pochodzi z Kerali na południu tego kraju, z głęboko katolickiej rodziny, a jego stryj Matthew był również salezjaninem i to on założył misję w Jemenie, w której Tom pracował 4 lata. Żartując z dziennikarzami stwierdził, że Bóg dla każdego ma swoje drogi, bo on nigdy wcześniej nie spotkał papieża, a teraz mu się to udało. Zapewnił papieża, że wszystkie swoje cierpienia ofiarował w intencji jego pontyfikatu i Kościoła powszechnego.

 

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Pobieranie...

Reklama

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Reklama

    Reklama