Patriarchat Moskiewski odrzuca ustalenia z Rawenny Na złość babci… kopnę sąsiada

Nad katolicko-prawosławnym dialogiem teologicznym pojawiły się kolejne czarne chmury. Patriarchat Moskiewski ostatecznie odrzucił ustalenia prawosławno-katolickiej Teologicznej Komisji Mieszanej zawarte jesienią ub. roku na spotkaniu w Rawennie.

Ustalenia teologiczne między prawosławnymi a katolikami poczynione w Rawennie obudziły spore nadzieje na przyszłość. Wydawało się, że po latach zastoju w dialogu rysuje się perspektywa na wspólne stanowisko w sprawie najbardziej oba Kościoły dzielącej: prymatu papieskiego. Wprawdzie od początku na wynikach spotkania cieniem kładło się opuszczenie go przez delegację Patriarchatu Moskiewskiego, ale wydawało się, że wypracowany przez teologów wspólny dokument, który miał być podstawą do dalszej pracy, jest przez Moskwę akceptowany. Okazało się, że były to przedwczesne nadzieje.

Największą gorycz budzi nie odrzucenie dokumentu przez Rosjan. Gdyby wyciągnięto problemy natury teologicznej, można by sprawę wyjaśniać. I chyba próbowano, skoro w komunikacie opublikowanym po spotkaniu przedstawicieli Moskwy i Konstantynopola w Zurychu w marcu tego roku takie rozbieżności zasygnalizowano. Jednak powodem odrzucenia dokumentu przez Rosjan ostatecznie okazały się spory wewnątrzprawosławne, a konkretnie kwestie jurysdykcji nad Kościołem prawosławnym w Estonii. Taki ruch trudno ocenić inaczej, jak poświęcenie prawdy i miłości dla politycznych rozgrywek: walcząc o swoją pozycję w prawosławiu Moskwa storpedowała dialog ekumeniczny z Kościołem katolickim.

Katolik, patrzący z pewnym dystansem na wewnątrzprawosławne spory, może mieć kłopot z jednoznacznym określeniem, kto w owym sporze ma rację. Gdy pominąć na chwilę kwestie prawosławnej eklezjologii i kościelnego prawa, a patrząc jedynie z perspektywy… nazwijmy ją polityczno-kościelną… widać, że Patriarcha Konstantynopola Bartłomiej I prowadzi wielką ofensywę, której celem wydaje się ugruntowanie jego prymatu w świecie prawosławnym. Tak można odebrać popieranie autokefalii Kościołów, usiłujących oderwać się od Matki-Moskwy. Temu celowi zdaje się służyć jego wielka aktywność na arenie międzynarodowej, m.in. angażowanie się w ochronę przyrody oraz dość częste wizyty w innych krajach. Tak można też odbierać jego dobre relacje z kolejnymi papieżami, a w konsekwencji również dialog ekumeniczny.

Niestety, chyba właśnie z tej perspektywy patrzy na poczynania Konstantynopola Moskwa. Przekonana, że działania Patriarchatu Ekumenicznego to jedynie gra, obliczona na zmarginalizowanie znaczenia rosyjskiej Cerkwi, sama usiłuje grać kartą twardej, nieugiętej postawy wobec katolików. Niewątpliwie zyskuje sobie tym sympatię wielu bardziej tradycyjnie nastawionych środowisk kościelnych (np. części mnichów prawosławnych na Atosie, którzy uważają dialog ekumeniczny za zdradę). Tym jednak sposobem dialog ekumeniczny stał się zakładnikiem wewnątrzprawosławnych rozgrywek między ośrodkami walczącymi o dominację w świecie prawosławia. Nie wróży to dobrze przyszłej jedności.

Tymczasem spór między Moskwą a Konstantynopolem i „resztą świata” to nie tylko kwestia doraźnej polityki kościelnej. To spór o prawosławną eklezjologię i prawo. Broniąc dziś swoich „zdobyczy” Moskwa zapomina, że sama była niegdyś „buntownikiem” nie uznawanym przez pozostałe Kościoły prawosławne. Później zaś, gdy zgodzono się na jej niezależność, jasno określono granice jej jurysdykcji. Mapa przedstawiająca tamten podział do dziś jest przechowywana w Fanarze. Wpływy rosyjskiego prawosławia rosły razem z potęgą rosyjskiego imperium. Tak było w przypadku Estonii, o którą poszło w sprawie nieuznania ustaleń z Rawenny, oraz Mołdawii, o którą dziś Moskwa toczy spór z Patriarchatem Rumuńskim, a także Ukrainy, o której uniezależnieniu się w Moskwie nie chcą nawet słyszeć.

Pytanie o to, na ile granice jurysdykcji jakiegoś Kościoła mają być zgodne z nowymi granicami państw, jest jak najbardziej zasadne. Kościół katolicki postępuje w tej sprawie bardzo ostrożnie i nie zmienia granic diecezji, dopóki strony konfliktu nie dojdą do porozumienia na temat granic państwowych. A przecież chodzi tylko zmiany w ramach jednego, ściśle zjednoczonego Kościoła. W prawosławiu sytuacja jest dużo trudniejsza. Gdy Kościoły są narodowe, siłą rzeczy większą rolę muszą w nich odgrywać narodowe ambicje. Wydaje się więc, że jeśli nawet przyjąć zasadę, iż granice jurysdykcji Kościołów prawosławnych zmieniają się razem z granicami państw, należałoby trzymać się jej konsekwentnie i pozwolić na tworzenie Kościołów w nowych, niepodległych krajach. Tymczasem z jednej strony Moskwa zgadzała się na rozszerzanie swoich wpływów razem z rozrostem państwa rosyjskiego pomijając prawa innych Kościołów, z drugiej zawzięcie ich broni, gdy się rozpadło. Tym sposobem rosyjskie prawosławie staje się – niestety – czynnikiem wspierającym imperialne zapędy Kremla. Gdy uświadomić sobie, że mowa o Kościele Jezusa Chrystusa, bardzo smutna to prawda.

Powody odrzucenia przez Patriarchat Moskiewski ustaleń z Rawenny pokazują przy okazji, jak krótkowzroczne były opinie tych, którzy w Janie Pawle Wielkim widzieli głównego hamulcowego katolicko-prawosławnego dialogu. Pisano, że za bardzo jest Polakiem i że z tego powodu nie rozumiał Rosjan. W papieżu z Niemiec upatrywano tego, dzięki któremu po latach stagnacji dojdzie do przełomu w relacjach katolicko-prawosławnych. Okazuje się, że dialog z rosyjskim prawosławiem jest dużo bardziej skomplikowany. Niewiele dają kurtuazyjne ustępstwa wobec Moskwy. Ta, zapatrzona w swoją siłę, nie patrzy z perspektywy możliwości doprowadzenia człowieka do Boga, ale na rząd dusz. Rzecz idzie bowiem o przywództwo w prawosławiu. O to, czy Moskwa faktycznie stanie się trzecim Rzymem.

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Pobieranie...

Reklama

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Reklama

    Reklama