Kardiogram Serca Afryki

Podziały etniczne i religijne nie są przyczyną konfliktu w Republice Środkowoafrykańskiej, ale tylko go intensyfikują. Ta prawda zdaje się docierać powoli do świadomości dziennikarzy.

Cuda zdarzają się na świecie? Parę tygodni temu spor wysiłku kosztowało Francuzów z Sangaris i ich sprzymierzeńców z Misca, spacyfikowanie w Bangui pozbawionych nagle przywódcy seleka. A tu w pierwszych dniach lutego nowa wiadomość: skoszarowani pozbierali się i uciekli! Ot, tak, po prostu, tysiąc ludzi powsiadało do samochodów i pod bronią wyjechało z miasta… Ale to nie jest cud – ktoś im na to pozwolił.

Dzień później słyszy się o rabunku Sibut, miasta o 180 km na północ od Bangui, o mordach, ucieczce sterroryzowanej ludności do buszu, i wreszcie - kuriozum sprawy - wywieszeniu czerwonej flagi, jako symbolu nowo fundowanego państwa muzułmańskiego na północy RCA. Tak przynajmniej buńczucznie wypowiadał się w imieniu seleka pułkownik Younous. Tym samym odgrzał na nowo groźbę wyartykułowaną miesiąc wcześniej przez Babakara Sabone, długoletniego towarzysza walki i doradcę upadłego prezydenta, Michela Djotodii. W konsekwencji po upływie paru dni międzynarodowe siły zbrojne w RCA ruszyły się z Bangui i przegnały to pretensjonalne towarzystwo.

W Sibut nie wyszło, ale czy na tym koniec? Dokąd pojechali? Bynajmniej nie rozproszyli się w naturze, a tym bardziej nie złożyli broni. Poszli dalej, na północ. Po usunięciu Djotodii, "przymierze" wprawdzie osłabło, ale w szeregach seleka dokonały się konieczne przetasowania i dalej im się chce… Teraz kto tylko może, ten zbiera się wokół generałów Bahr i Arda stacjonujących ze znacznymi siłami w okolicy Kaga Bandoro i Kabo (na wysokości czadyjskiego miasta Sahr).

W tym samym czasie, wobec realnego zagrożenia życia ze strony anti-balaka, intensyfikuje się ucieczka muzułmanów ze stolicy kraju, jak i innych większych miast: Bossangoa, Mbaiki, Berberati, Carnot... Czad przysyła całe konwoje ciężarówek, by pod osłoną wojska wywieźć swych pobratymców (ponad pięćdziesiąt tysięcy osób) w bezpieczne miejsce. Część uchodźców, eskortowanych przez Misca, udaje się też do Kamerunu (prawie dwadzieścia tysięcy). OIM (Międzynarodowa Organizacja ds. Migracji) wyłożyła na okazję tego kryzysu humanitarnego siedemnaście mln dolarów pomocy. Kolejne sumy płyną dalej.

Niektóre organizacje pozarządowe skarżą do opinii światowej niedopuszczalne zachowanie się żołnierzy konwojujących uchodźców. Czadyjczycy pozwalają sobie w czasie drogi na strzelanie do napotkanych osób i domów w mijanych miejscowościach. To tak na pożegnanie... Wszechpotężna Amnesty International (ciekawe gdzie była od roku?) dominująca swym głosem na arenie międzynarodowej obwieszczaja exodus "populacji muzułmańskiej z RCA". Tylko gdzieś na marginesie komunikatu pojawia się nota, że na terenach graniczących z Czadem operują także grupy uzbrojonych muzułmanów mszczących się na autochtonach.

Każdy większy ubytek ludności zawsze jest krokiem do tyłu w procesie rozwoju państwa. Tu nie chodzi jedynie o masową ewakuację obcokrajowców, ale i krwotok części rodzimej populacji RCA. Na wyjazd decydują się urodzeni na miejscu muzułmańscy obywatele tego i tak quasi bezludnego państwa. Niegdyś gwarne dzielnice muzułmańskie teraz zieją podwójną pustką: nie mają już mieszkańców, a ich domy ogołocone z dachów straszą oczodołami po oknach i drzwiach. W pobliskiej Bocaranga blachy na domach już dawno zniknęły, a szabrownicy wzięli się za więźbę dachową i stolarkę. Gdy przed tygodniem w Bozoum, naszym mieście wojewódzkim, doszło do starć między Misca strzegącymi dzielnicy muzułmańskiej, a anti-balaka ostrzącymi sobie nań apetyt, muzułmanie skapitulowali. Całe dwa i pół tysiąca ludzi wyjechało do Czadu. Z ośmiotysięcznej społeczności islamskiej w Bossangoa ostało się ich raptem tysiąc, z trzech tysięcy w Mbaiki, kilkadziesiąt osób, a z samego Bangui wyemigrowało już 75%.

Nie brakuje komentarzy oceniających ten proces jako tragiczny w konsekwencjach dla ekonomii i demografii tego kraju w powijakach. Muzułmanie do tej pory trzymali w swych rękach 90% transportu i handlu w Republice Środkowoafrykańskiej. Są inni, którzy pocieszają, że ten nagły wyjazd nie może być czymś stałym Jak się nieco uspokoi, to wrócą. Trzeba przecież żyć, a żyć to handlować…

Równocześnie ton wypowiedzi czynników oficjalnych na temat anti-balaka zaostrza się z dnia na dzień. Dowodzący francuskimi siłami w Sangaris, gen. Sorieno, odmawia bojownikom anti-balaka statusu kombatantów – "niech nie marzą, że zostaną skoszarowani!" Ociągający się ze złożeniem broni "będą traktowani jako bandyci poza prawem". To oni teraz – według generała – są "głównymi wrogami pokoju", a do dalszych akcji zbrojnych pcha ich "duch zemsty i rządza władzy". Sama też Mama Catherine, Pani Prezydent RCA, traci cierpliwość wobec ekscesów swych dzieci: "Nie myślcie sobie: skoro kobieta, to znaczy, że słaba!"

Przyjrzyjmy się zagranicznym doniesieniom medialnym. Usprawiedliwiając francuską interwencję w RCA na początku grudnia’12 wałkowano temat "groźby ludobójstwa i wojny religijnej". Prezydent Czadu Idris Deby popisał się też wtedy porównaniem dramatu dziejącego się aktualnie w RCA… z ludobójstwem w Ruandzie przed dwudziestu laty, co się ma jedno do drugiego, jak but do nosa. Ale tak to jest gdy polityka miesza się do religii.

"Gdzie życie w wielokulturowych i wieloetnicznych wspólnot funkcjonowało bez napięć, różnice etniczne i religijne przemieniają się pod wpływem manifestacyjnie użytej przemocy w podział na wrogów i przyjaciół. Podziały etniczne i religijne nie są przyczyną konfliktu, ale tylko go intensyfikują". Ta prawda zdaje się docierać powoli do świadomości dziennikarzy.

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Pobieranie...

Reklama

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Reklama

    Reklama