Chcemy jedności

Ormianie znieważyli prawosławnych. Patriarchat Moskiewski przeciwko patriarchatowi Konstantynopola. Na Ukrainie powstałe wskutek historycznych zawirowań trzy Kościoły prawosławne poszukują dróg ku jedności. To doniesienia z ostatniego czasu.

Drobiazgi. Ale jeśli spojrzeć wstecz, to właśnie takie z pozoru nieistotne sytuacje doprowadzały do rozbicia jedności Kościoła. Spór o sposób połączenia w Jezusie bóstwa i człowieczeństwa, który po setkach lat okazał się nieporozumieniem. Wieki rozdzierania szat nad problemem usprawiedliwienia, który okazał się innym rozłożeniem akcentów. Zbyt krewcy i skłonni do ekskomunik patriarchowie czy papiescy legaci. (Pragnienie wpływów większych, niż się posiadało). Czynienie z teologii narzędzia walki politycznej. A skutki tych działań odczuwamy do dnia dzisiejszego.

Czekanie na cud

Historia pokazuje też jak trudno połączyć to, co się już rozdarło. Rzadko się udawało. Częściej drobne problemy (dla dzisiejszego człowieka drobne) urastały do rangi niepokonalnych przeszkód. Na nic wysiłek Soboru Florenckiego, skoro podpisane teksty dokumentów unijnych zostały odrzucone przez tych, którzy w obradach udziału nie brali, a odbudowanie jedności potraktowali jako zdradę religijnej tożsamości. Na nic lokalne unie, mające być receptą na stopniowe odbudowywanie jedności, skoro często stawały się powodem kolejnych podziałów. Zdarzało się, że po latach trwania w zjednoczeniu któryś Kościół odrzucał przyjęte ustalenia. Gdy dodać do tego wszechobecne w historii Kościołów uwarunkowania natury politycznej, walki o wpływy, trudności wywołane najazdami obcych, dalsze podziały w łonie już oddzielonych wspólnot, posklejanie wszystkiego na nowo wydaje się z ludzkiej perspektywy (wręcz) niemożliwe. Trzeba cudu, tchnienia Bożego Ducha, by owe różnice pojednać w jednym Kościele.

Podobnych problemów nie brakuje także w naszych czasach. Dobrze rozwijający się dialog katolicko-prawosławny utknął w miejscu z powodu zawirowań spowodowanych odradzaniem się Kościoła greckokatolickiego na Ukrainie i ustanowieniem katolickich diecezji na terenie Rosji. Dopiero na wrzesień tego roku przewidziano spotkanie w Belgradzie, które podejmie – jak się wydaje – kluczowy dla pojednania katolików i prawosławnych temat relacji między kolegialnością a władzą i posługi biskupa Rzymu w powszechnej komunii Kościoła. Możliwość odbudowania jedności wydaje się więc bardzo bliska. Ale czy tym razem znów nie staną na drodze jakieś nieprzewidziane przeszkody? Przecież temat ten miał być przedmiotem dyskusji już 16 lat temu, a jednak inne sprawy oddaliły w czasie rozmowy o najistotniejszych dla naszej jedności zagadnieniach.

Zwykły obserwator podobnie postrzega dialogi z protestantami. Siedem lat temu luteranie i katolicy podpisali wspólną deklarację o usprawiedliwieniu. W tym roku przyjęli ją także metodyści. Ale siedem lat to bardzo dużo. Jak długo przyjdzie czekać na kolejne znaczące kroki? Patrząc na historię prób odbudowywania jedności, zwłaszcza ze Starożytnymi Kościołami Wschodu, może to potrwać niezwykle długo. Ciągle „nie czas, nie pora”…

Tym bardziej, że problemów zdaje się przybywać. Protestantyzm to dziś setki większych i mniejszych denominacji. Nie ma co ukrywać, że mało prawdopodobne, by z niektórymi spośród nich, np. z zielonoświątkowcami udało się kiedyś dojść do jedności. To zupełnie inna wizja Kościoła. Uczestnicy dialogu katolicko-zielonoświątkowego nawet nie próbują twierdzić, że chodzi o jedność, ale o wzajemne poznanie i zrozumienie. Do tego dochodzą dziś problemy natury moralnej czy dyscyplinarnej, które w przeszłości nie miały większego znaczenia. Akceptacja przez niektóre wspólnoty rozwodów, związków homoseksualnych, święcenia kobiet to sprawy, które nie pozwalają na optymizm w kwestii przyszłej jedności. Jeśli więc jakieś Kościoły dojdą do pojednania, to pozostanie spora rzesza tych, którzy pozostaną na zewnątrz. Chyba że po jednym cudzie, jakim byłoby pojednanie tych, którzy wydają się być blisko, zdarzy się cud jeszcze większy. Trzeba bardzo poważnie traktować nasze modlitwy o jedność.

Potrzeba proekumenicznego lobby

W internetowej sondzie przeprowadzonej na www.ekumenizm.wiara.pl na pytanie „Czy Twoim zdaniem Kościoły powinny kontynuować ekumeniczne wysiłki?” wzięło udział 628 osób. Zdecydowana większość, bo aż 557 odpowiedziało, że tak. Jednak aż 64 osoby odpowiedziały, że są temu przeciwne. To tylko trochę ponad 10%, ale jednak dość niepokojące. Przypomina bowiem, że mamy całkiem sporą grupę wierzących, którzy ekumenizm traktują jako zdradę własnej tożsamości. Widać to szczególnie mocno, gdy przegląda się różne internetowe fora. Można się spodziewać, że ów opór, podsycany między innymi przez nieroztropne działania ekumeniczne (takie, które lekceważą tożsamość Kościołów), będzie stopniowo narastał. Tym bardziej że szermuje hasłami wierności wobec prawdy, a przecież nikt nie chce być uważany za heretyka. Atmosfera może więc w przyszłości nie sprzyjać ekumenizmowi. Może sprawić, że osoby odpowiedzialne za ekumeniczne kontakty, by nie narazić się na zarzut niewierności własnej tradycji, staną się ostrożne tak bardzo, że uniemożliwi to jakikolwiek dialog. Co więc robić?

Pontyfikat Jana Pawła II dostarczał wielu przykładów wielkiej aktywności tych, którzy na co dzień w Kościele nie mają zbyt wiele do powiedzenia. Najbardziej chyba spektakularnym przykładem były okrzyki „santo subito” podczas pogrzebu wielkiego papieża. Kilka lat wcześniej, w Bukareszcie, wydarzyło się coś podobnego. Na zakończenie ekumenicznego nabożeństwa zgromadzony tłum krzyczał; Unitate, unitate (chcemy jedności). Musimy krzyczeć podobnie. I nie wolno nam nam ustawać.

sierpień 2006

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Pobieranie...