Dwa lata w kajdanach

Przez dwa lata na pustyni więzili go dżihadyści, nakłaniając do przejścia na islam. Ksiądz Pierluigi Maccalli przetrwał niewolę dzięki modlitwie różańcowej, której nauczyła go babcia.

Gdy nadeszła wieść, że odzyskał wolność, w jego rodzinnej parafii rozdzwoniły się dzwony. A potem w całej diecezji Crema w północnych Włoszech. Gdy ks. Maccalli wspomina lata w niewoli, w jego oczach widać łzy. – Najtrudniejszy był moment, gdy po raz pierwszy założyli mi kajdany i łańcuchem przykuli do drzewa. Uwalniali mnie tylko wtedy, gdy musiałem pójść za potrzebą, ale i wówczas stało przy mnie dwóch uzbrojonych strażników – wspomina należący do Stowarzyszenia Misji Afrykańskich misjonarz. I dodaje z charakterystycznym dla siebie poczuciem humoru: – Czułem się jak syn św. Piotra w Okowach, który jest patronem mojej rodzinnej parafii w Madignano.

Musisz zostać muzułmaninem

Słońce chyliło się nad horyzontem. Po kolacji ks. Gigi, jak mówią o nim przyjaciele, poszedł do swego pokoju, by przygotować się do Mszy na następny dzień.

Nagle ciszę rozdarł odgłos nadjeżdżających motorów. Misjonarz myślał, że ktoś pilnie przyjechał po lekarstwa do działającej na misji w Bomoanga małej apteki. Gdy wyszedł przed dom, zobaczył uzbrojonych mężczyzn. Domagali się pieniędzy. Oddał im wszystko, co miał, ale oni związali mu ręce, wsadzili na motor i mimo jego wołania o pomoc niezatrzymani przez nikogo odjechali. – Porwali mnie w kapciach i piżamie. Nie mogłem się z nimi porozumieć, bo nie mówili po francusku ani w lokalnym języku. Jechaliśmy kilka godzin bez przerwy. Gdy następnego ranka rozejrzałem się po okolicy, zobaczyłem piasek i totalną pustkę. Nie wiedziałem, gdzie jestem, czułem się zagubiony – wspomina misjonarz.

Bardzo często był przewożony z miejsca na miejsce. Pierwsza kryjówka znajdowała się między piaszczystymi wydmami, kolejne – w kamienistej części Sahary. Porwany w Nigrze przetrzymywany był w Burkina Faso i Mali. – Przez cały ten czas mieszkałem pod drzewem, nigdy nie miałem normalnego schronienia. Doskwierały mi upał i pragnienie – wyznaje. Nie udaje bohatera. Przyznaje, że przeżywał chwile trwogi i zwątpienia.

Na Saharze odkrył inny wymiar swojej misji, która jest nie tylko działaniem, ale przede wszystkim modlitwą. W modlitwie każdego dnia wspominał swoje wioski i parafie, wiernych i współpracowników, chorych i niedożywione dzieci, którymi się opiekował. Wymieniał ich wszystkich i zawierzał Bożej opiece. – Choć moje nogi były skute kajdanami, myślami byłem na mych misyjnych drogach – mówi. Przyznaje, że niewola na pustyni była dla niego czasem oczyszczenia, powrotu do tego, co najważniejsze. – Dla tych gorliwych muzułmanów, dżihadystów, byłem niczym, człowiekiem nieczystym. Traktowali mnie jednak dobrze. Nie byłem bity, ale poddawali mnie presji psychologicznej. Wielokrotnie słyszałem: „Wkrótce umrzesz i pójdziesz do piekła; by tego uniknąć, musisz zostać muzułmaninem”. Bardzo chcieli mnie nawrócić na islam – wspomina ks. Gigi. – Przez dwa lata niewoli moim jedynym oparciem był poranny i wieczorny pacierz, którego nauczyłem się od matki, oraz Różaniec, którego nauczyła mnie babcia. Różaniec zrobiłem sobie ze sznurka, by nie rzucał się w oczy – wspomina. I dodaje: – Myślałem, że dżihadyści ukradli mi dwa lata misji. Myliłem się. To był bardzo owocny czas.

Kiedyś będziemy braćmi

Na pustyni doświadczył jedności z Kościołem powszechnym. Po długich prośbach w maju porywacze dali mu małe radio. Wreszcie miał kontakt ze światem. Słuchał RFI, BBC i Radia Watykańskiego. Co ciekawe, pierwsza radiowa wiadomość, którą usłyszał w niewoli, dotyczyła papieskiego dekretu o uznaniu heroiczności cnót ks. Melchiora de Marion-Brésilaca, założyciela misyjnego zgromadzenia, do którego należy. W roku 1859 pojechał on do Sierra Leone, by wspomóc tam pierwszą grupę misjonarzy SMA. Jednak w wyniku epidemii żółtej febry wszyscy, poza jednym ewakuowanym bratem, zmarli w ciągu miesiąca. Ofiara życia pierwszych braci umocniła misję głoszenia Dobrej Nowiny w Afryce i posługę wśród najbardziej opuszczonych, zaniedbanych i żyjących na marginesie Afrykanów, co jest głównym charyzmatem SMA.

Ksiądz Gigi słuchał rozważań niedzielnych czytań emitowanych w papieskiej rozgłośni. Raz udało mu się wysłuchać nawet transmisji papieskiej Mszy. Było to w uroczystość Zesłania Ducha Świętego. W Ewangelii tego dnia znalazły się słowa, które były jego mottem w dniu święceń kapłańskich: „Jak Mnie posłał Ojciec, tak i Ja was posyłam. Przyjmijcie Ducha Świętego”. – Czy to przypadek? – pyta retorycznie ks. Maccalli. – Po dwóch latach posuchy duchowej i nieobecności słowa Bożego czułem, że rodzę się na nowo. Przyjąłem ten dar jako tchnienie Ducha Świętego, który zechciał, by te fale radiowe dotarły aż na Saharę! – wspomina.

Gdy wychodził na wolność, powiedział do swego stróża: – Mam nadzieję, że kiedyś zostaniemy braćmi. Przebaczył tym, którzy go porwali i przetrzymywali. – Przez 21 lat służyłem pięknej i wdzięcznej Afryce. Przez 2 lata doświadczałem Afryki zakutej przez islamistów w kajdany przemocy. Nie możemy się zniechęcić w głoszeniu Słowa i budowaniu pokoju i braterstwa – mówi.

Wojna z Chrystusem

Los porwanego misjonarza przypomina o trudnym położeniu wspólnot chrześcijańskich w krajach Sahelu, gdzie bardzo dotkliwa jest bieda i coraz bardziej rozlewa się radykalny islam. ONZ zalicza ten region do najbardziej zapalnych na świecie. Władza tam znajduje się w rękach dziesiątek grup islamskich, często walczących między sobą o wpływy, a instytucja państwa faktycznie nie istnieje. – Ofensywa islamistów podszyta jest różnego rodzaju szemranymi interesami, a hasła religijnego dżihadu są tylko wygodną przykrywką propagandową. Często skuteczną, bo padającą na podatny grunt ubóstwa, analfabetyzmu, dyskryminacji etnicznej i politycznej – zauważa ks. Krzysztof Pachut z zarządu generalnego zgromadzenia SMA w Rzymie (radca generalny). W Nigrze, Burkina Faso, Mali, Nigerii, a nawet spokojnym do niedawna Beninie trwa wojna z Chrystusem i Kościołem. W tych krajach panuje bieda, brakuje nadziei na przyszłość. Werbujący młodzież dżihadyści proponują pracę, pieniądze, wygodne życie. W takich warunkach młodzi stają się łatwym łupem. – Bycie chrześcijaninem w tym regionie jest śmiertelnie niebezpieczne. Po porwaniu misjonarza wioski należące do jego parafii były wielokrotnie najeżdżane przez dżihadystów, którzy grozili chrześcijanom, zabraniali im się spotykać na modlitwie w kaplicach, a kilku zabili – opowiada ks. Pachut.

W Nigrze SMA ma cztery placówki misyjne. – Parafie w regionie Gourmancze, gdzie pracował ks. Pierluigi, dobrze funkcjonowały. Katolicy są tam zdecydowaną mniejszością wśród wyznawców islamu. Z powodu obecności i działalności ekstremistycznych grup islamskich pobyt na tych parafiach misjonarzy z zagranicy stał się praktycznie niemożliwy. Musieli je opuścić z obawy, że zostaną porwani dla okupu – mówi „Gościowi” ks. Wacław Dominik, rektor rzymskiego Kolegium Misji Afrykańskich. Działalność duszpasterska została tam bardzo ograniczona. Maleńkie wspólnoty katolików znoszą wielkie cierpienie, starając się przetrwać.

Ksiądz Dominik zauważa, że postawa ks. Gigi pokazuje, iż „żyje naprawdę tylko ten, kto w swoim życiu odkrył coś, za co gotów jest oddać swoje życie. Oby wszyscy ludzie doświadczyli takiego spotkania z Jezusem, które pozwoli im żyć pełnią życia dlatego, że są gotowi dla Niego je stracić”.

– Porwania misjonarzy wzmacniają w nas przekonanie, że Afryka jest naszym miejscem do stawania się świętymi – podkreśla ks. Dominik. – A tam, gdzie są najbiedniejsi, tam są i misjonarze. W wielu trudnych regionach świata świadczą o tym, że prawdziwe braterstwo jest możliwe i że przemoc można pokonać przebaczeniem. Ksiądz Maccalli przebaczył tym, którzy go więzili.

Czekając na wolność

Szczegóły jego uwolnienia nie są znane. Wiadomo jedynie, że wraz z nim oswobodzono trzech innych zakładników – turystę z Włoch, francuską lekarkę i malijskiego polityka. Kilka godzin wcześniej z więzień w Mali wyszło 250 dżihadystów. W rękach islamistów wciąż pozostaje porwana trzy lata temu w Mali siostra Gloria Cecilia Narváez. Od półtora roku nie ma też wieści o porwanym w Burkina Faso ks. Joëlu Yougbaré, w którego parafii w Djibo dochodziło do wielu ataków na wiernych.

– Ludzie bardzo potrzebują naszej obecności, choć praca na misjach jest coraz trudniejsza – mówi ks. Mauro Armanino SMA. – Gigi zadzwonił do mnie zaraz po oswobodzeniu. Obiecał, że w przyszłym roku nas odwiedzi – mówi misjonarz. Ludzie mają nadzieję, że wróci, wiedzą, że kocha ich i Afrykę.

Pytany o plany ks. Gigi wyznaje: – Dwa lata żyłem codziennością, przyszłość zostawiam w rękach Boga. On najlepiej wie.

Jego pokój na misji w Bomoanga czeka na niego. •

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |