Albo Unia, albo wojna

O sytuacji chrześcijan na świecie z Mario Mauro, byłym wiceprzewodniczącym Parlamentu Europejskiego, rozmawia Joanna Bątkiewicz-Brożek.

Joanna Bątkiewicz-Brożek: Walczy Pan o chrześcijaństwo w Parlamencie Europejskim. Nie ma Pan wrażenia, że Europa, oddaliła się od zamysłu jej założycieli?

Mario Mauro: – Nie tylko się oddaliła, ale w PE są politycy wrodzy myśli, jaka przyświecała de Gasperiemu, Schumanowi, Adenauerowi. W szeregu PE jest też coraz więcej eurosceptyków; odrzucają możliwość stworzenia federacji Stanów Zjednoczonych Europy.

Pan jest federalistą.

– Dziś UE tworzy 500 mln osób. 75 mln jest poniżej 25. roku życia. Dla porównania: sam Egipt zamieszkuje 80 mln mieszkańców, z czego 60 mln ma poniżej 25 lat. A zatem Egipt ma tyle młodych ludzi, co cała Unia Europejska. Zadaję więc eurosceptykom pytanie, jak mogą dopuszczać myśl, że jeden z naszych europejskich krajów mógłby sam stawić czoła kryzysowi? Mamy dziś na kontynencie cztery kraje, które plasują się w dziesiątce największych potęg ekonomicznych świata: Niemcy, Włochy, Wielką Brytanię i Francję. Żaden z wymienionych krajów za 15 lat nie będzie już w grupie G8. Jak więc stawiać czoła problemom i wyzwaniom przyszłości w pojedynkę?

Czyli wizja Stanów Zjednoczonych Europy jest nieunikniona?

– To jedyna droga. Błędem byłoby rezygnować z tego projektu. Bo alternatywą jest wojna.

Wojna?

– Tak, mówię to wprost. Pokój i wzrost gospodarczy nie są regułą w historii Europy.

Widzi Pan realne zagrożenie konfliktem zbrojnym w Europie?

– Jeśli nadal klasa rządząca UE będzie pogłębiać nacjonalizmy, jeśli eurosceptycy będą spowalniać prace i jątrzyć w PE, skupiać się na swoim elektoracie, a nie na dobru wspólnym, to tak. Warto przypomnieć, że Stany Zjednoczone Ameryki powstały w 1776 roku. Po 5 latach nastąpiła federalizacja, co dało niezwykłą siłę USA. Ameryka nie czekała dekadami! Błąd, jaki popełniamy w Europie, to strata czasu. Mamy coraz większe kłopoty z podejmowaniem decyzji. Powolny jest proces włączania krajów wschodu do UE.

Jaką ma Pan na to receptę?

– Musimy nauczyć się żyć razem i z miłością.

Z miłością? Politycy europejscy myślą tymi kategoriami?

– Nie jesteśmy potworami (śmiech). Ale proszę zauważyć, że np. w kontekście kryzysu Grecji możemy przekonywać kraje północy, które najmniej odczuwają skutki kryzysu, jedynie używając argumentów solidarności z innymi. A solidarność jest efektem miłości.

Weźmy pierwszy przykład z brzegu, np. Lampedusy i setek dobijających do granic Europy uciekinierów z Afryki. Widać, że długa przed nami szkoła miłości… Włochy zostały same, Europa umyła ręce, Sarkozy dążył do zniesienia Schengen.

– Nie twierdzę, że uczenie się miłości w UE jest łatwe. Nicolas Sarkozy chciał swoim radykalnym zachowaniem zyskać poparcie wyborców. Musimy mieć świadomość, że Lampedusa nie jest już granicą Włoch, ale Europy. Imigranci wolą np. przedostać się do Francji, Niemiec i, jak obserwujemy od jakiegoś czasu, do Polski. Przypomina to sytuację, kiedy Polacy wyczekiwali na Stazione Termini w Rzymie czy w Mediolanie w poszukiwaniu pracy. Tak i imigranci z Lampedusy dziś będą dobijać się do granic Polski. Europa widzi, z jakim impetem wyszliście spod skrzydeł dyktatury, że Polska jest dziś atrakcyjnym krajem, ale czy da sobie radę sama, gdy zaleje ją fala imigrantów? I tu wracamy do pierwszego pani pytania, o zejście z drogi, jaką wytyczyli ojcowie Europy. Powiem pani, że oczy UE są zwrócone ku Polsce. Jesteście naszą nadzieją. Mówię to jako człowiek, który przeszedł wasz kraj na kolanach, od Krakowa po Częstochowę. Widziałem wasze kolejki i puste regały w sklepach. Na pielgrzymkach nauczyłem się najważniejszego słowa: „ubikacje” (śmiech). Proszę się nie śmiać, bo u was ubikacje to był rarytas. A teraz? Europa więc coś u was zmieniła (śmiech).

Coś w tym jest. Ale z niepokojem spoglądamy dziś na to, co dzieje się w PE. Trzeba walczyć o obecność krzyży w szkołach, jest duży nacisk na legalizację homozwiązków...

– Myślę, że to nie kwestia debaty na poziomie Unii, a głosów wewnątrz państw. Oczywiście Parlament Europejski jest zwierciadłem tego, co dzieje się na całym kontynencie. I to właśnie scena PE powinna być najlepszym podium do pokazania światu wartości, w które wierzą katolicy. Udowodnienia, że mają charakter uniwersalny, że są gwarantem demokracji i wolności. To największe wyzwanie Europy – przypominać myśl ojców założycieli, chrześcijańskie korzenie, które wykoślawiono. To nie jest proste, bo nakładają się tu siły polityczne, konflikty interesów partii, media.

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |