Zew krwi

O prześladowaniach, które przynoszą owoc, męczennikach jako dowodzie na istnienie Boga i o deptaniu pamięci świadków z  dr. Dariuszem Karłowiczem rozmawia Jacek Dziedzina.

Jacek Dziedzina: „Krew męczenników jest zasiewem nowych wyznawców”, pisał Tertulian w III wieku. Czy patrząc na dzisiejszą rzeź chrześcijan w Iraku i Syrii, mamy prawo szukać głębszego sensu tego okrucieństwa? Żyć nadzieją, że to też jest zasiew dla przyszłego Kościoła? Czy w ogóle wypada nam, popijając cappuccino, stawiać takie pytania?

Dariusz Karłowicz: Zawsze warto rozmawiać o sensie, szukać go w tym, co się dzieje. Tylko niedobrze by się stało, gdyby to szukanie sensu przysłoniło nam grozę wydarzeń. Bo nawet jeśli my doszukamy się sensu męczeństwa, to w żaden sposób nie umniejszy to grozy tych prześladowań. Ale też nie sądzę, by namysł nad sensem męczeństwa stanowił obrazę dla prześladowanych.

Od czego zależy, czy męczeństwo „ma sens”?

Od naszego wyboru i od łaski. Można zostać zamordowanym, być ofiarą prześladowań, ale można nie chcieć tego sensu, można mu przeczyć, odrzucić go. Wybór męczeństwa jest pewną decyzją wewnętrzną, podjęciem próby upodobnienia się do Boga. To od prześladowanego w ogromnym stopniu zależy, czy on ten sens wybiera, czy nie. My nie mamy często nawet wglądu w to, czy taki wybór się dokonuje. No i jest oczywiście również kwestia łaski.

To może trochę ryzykowna jest praktyka „hurtowego” zaliczania wszystkich prześladowanych do grona męczenników?

Próbujemy jednak odkodować ten sens, który męczennik z Bożą pomocą wybrał, staramy się odczytać komunikat, jaki nam przez pewną postawę wobec śmierci przekazał.

Co to za komunikat?

Niełatwo przełożyć go na słowa. Męczeństwo to ukazanie Boga jako miłości. Ukazanie Tego, który nas odkupił, który został umęczony, umarł i zmartwychwstał. Świadectwo śmierci za Chrystusa łączy się z przemianą wewnętrzną, mającą – jak wierzymy – cechy przemiany ontologicznej, przemiany bytu i poznania. Męczennik, jak mówi tradycja chrześcijańska, staje się obrazem Chrystusa. Choć z wielką ostrożnością można nawet powiedzieć, że w pewnym stopniu staje się Chrystusem. Powtarzając historię Jego cierpienia, męki, aż – jak mówi tradycja – po przemianę cielesną, która stanowi zapowiedź zmartwychwstania – męczennik upodabnia się do Niego w największy dostępny człowiekowi sposób.

W książce „Arcyparadoks śmierci” napisał Pan, że męczennik, jego śmierć, jest dowodem na prawdziwość tego, w co wierzy.

Jest takie mocno ugruntowane w tradycji filozoficznej przekonanie, że prawda przychodzi do nas za pośrednictwem ludzi. Owszem, są tacy, którzy mają łaskę bezpośredniego poznania Boga. Ale do większości z nas to, co najważniejsze, przychodzi poprzez innych. Może to być nasza babcia, kolega czy znajomy profesor – ktoś bardzo ważny, kogo spotykamy na swej drodze. Ktoś, o kim powiemy – mędrzec, ale nie w sensie wykształcenia, ale czegoś dużo głębszego. W tradycji filozoficznej przyjmowano, że mądrość zbudować można tylko na prawdzie i że mądrość wyraża się poprzez spójność wyznawanej nauki i życiowej postawy. Ktoś może być błyskotliwym intelektualistą, uwodzić słowem, ale to jeszcze za mało, żebyśmy powiedzieli, że spotkaliśmy mędrca. Mędrzec to ktoś, kto głosi prawdę słowem i czynem. Spotkanie z nim stanowi rodzaj dowodu prawdy, nie pozostawia obojętnym, przemienia. Ta tradycja, że poprzez pewnych ludzi spotykamy Boga, jest jeszcze przedchrześcijańska, ale to myślenie bardzo mocno zakorzeniło się w chrześcijaństwie. Za szczyt takiej postawy uważamy męczeństwo. Na określenie męczennika greka zaadaptowała termin, który ma źródła sądowe: martyr, a więc świadek, to ktoś, kto w procesie relacjonuje to, co widział. Jako świadek męczennik mówi nam słowem i czynem o Prawdzie – jego postawa wobec śmierci staje się rodzajem argumentu czy dowodu w sprawie.

Pan w swojej książce idzie jednak dalej, mówiąc, że są ludzie, którzy wręcz stają się tym, o czym mówią.

Świadek Boży to ten, kto zaświadcza o rzeczywistości, jaka kryje się za postacią zjawisk, a zatem to ktoś, kto w jakimś sensie staje się przedmiotem, o którym świadczy. To jest myśl zrozumiała również dziś, i nie tylko dla chrześcijan. Niebędący chrześcijaninem Jacek Kuroń mówił, że ks. Jan Zieja był dla niego dowodem na istnienie Boga. Każdy, prawie każdy, wie, o czym mowa.

«« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Reklama

Reklama

Reklama