Być uchodźcą nie planowałem

Farid od lat wiódł wygodne życie. Jego kariera rozwijała się, pieniędzy było sporo. Sielanka jednak nie miała trwać wiecznie. W podaniu o pracę zaznaczył, że ma wysoki poziom odporności na stres. O tym, jak wysoki, miał się wkrótce przekonać.

Jedząc beczkę soli

Po raptem paru spotkaniach na mieście, podczas których zastanawiamy się, w jaki sposób zintegrować mieszkańców Frankfurtu z uchodźcami, Farid nalega, abym pozwoliła mu się zrewanżować i przyszła na typowy syryjski obiad do domu, w którym mieszka z kilkoma innymi uchodźcami. Wizytę w tym domu poprzedza w mojej głowie burzliwa analiza wszystkich „za” i „przeciw”, a raczej próba walki z samymi „przeciw”. Ostatecznie nie znam go zbyt dobrze, a słyszało się już przecież różne historie. Niemiecka prasa wciąż jeszcze podbija temat seksualnych napaści uchodźców na niemieckie kobiety. Przypadek sylwestrowej nocy w Kolonii zbiera plony do tej pory w postaci licznych uprzedzeń, lęku i agresji w stosunku do emigrantów. Choć oczywiście w poprawnych politycznie Niemczech wszystkie te uczucia zwykłych obywateli wiszą w powietrzu niczym ledwo dostrzegalne widmo zbliżającej się katastrofy, nie znajdując odzwierciedlenia w oficjalnej polityce kraju. Pozostaną jeszcze długo wyłącznie kontrolowanym szeptem ulicy, aż nie przeleje się miara i nie nastąpi wybuch.

Z tymi wszystkimi emocjami i plątaniną myśli w głowie jadę na spotkanie z Faridem. Gdy S-Bahn wyjeżdża na przedmieścia Frankfurtu, modlę się, żeby Farid nie czekał na mnie na stacji.

Ku mojemu niepocieszeniu Farid czeka na mnie już od pół godziny i na mój widok cieszy się jak dzieciak. Gada przy tym jak najęty o wszystkim, a ja zastanawiam się, czy to ostatni dzień mojego życia. Wsiadamy do podmiejskiego busa, który kluczy przez 40 minut po okolicznych wioskach i lasach, utwierdzając mnie w przekonaniu, że to już koniec. Dlatego gdy wchodzimy wreszcie do domu, w którego drzwiach rzuca mi się na szyję sześcioletnia córka małżeństwa uchodźców mieszkających z Faridem i ze szczerbatym uśmiechem recytuje „Wie geht es Ihnen?”, czuję się podle.

– Zasługujesz na coś o wiele lepszego – mówi Farid, wprowadzając mnie do domu, chyba tylko po to, żeby mnie dobić. – Chciałem przygotować dla ciebie wszystkie rodzaje mięs po syryjsku, ale tu nie ma takiego mięsa jak u nas. – Farid jest wyraźnie zmartwiony. Patrzę na kunsztownie ułożone na stole potrawy: ręcznie robiony humus, pity naturalne i z ostrymi sosami, sałatki, oliwki, papryczki i niezliczoną ilość sowicie oprószonych przyprawami grillowanych mięs. Przy stole mała Meriem z mamą i tatą, bracia Hazem i Sadiq – studenci, a także Farid. Wszyscy roześmiani i nieco skrępowani moją obecnością, patrzą na mnie tym wzrokiem pełnym niczym nie uzasadnionej wdzięczności. Widząc to, wściekam się, że w ogóle dopuściłam do siebie wcześniejsze myśli. Farid dostrzega mój dziwny wyraz twarzy i skrępowany mówi: – Przepraszam, następnym razem zrobię lepszy obiad.

Farid też nie jest święty. Jeszcze będąc w obozie dla uchodźców, tym, w którym spali po 350 osób na jednej sali gimnastycznej, zbluzgał kierownika i powiedział, że „w d... ma taką pomoc”. Według zeznań Farida kierownik zamykał prysznice i otwierał je tylko na kilka godzin co dwa dni. Ludzie śmierdzieli na potęgę, bo ile osób może się wykąpać pod dziesięcioma prysznicami w tak krótkim czasie?

Farid jest też nieformalnym adwokatem swoich ludzi, grupy chrześcijańskiej, która stara się trzymać razem. Jako jedyny mówi biegle po angielsku i oprócz rozwiązywania własnych problemów ciągle pośredniczy w ratowaniu reszty grupy w niemieckich urzędach. To prawie jak pełnoetatowa praca, więc Farid ma czasem i swoich dość. Najbardziej się wkurza, gdy nie sprzątają. – Nienawidzę brudu i braku prywatności – mówi i to z reguły jest znak, że za chwilę wyleją się z niego złość i żal za utratą dawnego życia. Brud to zawsze powód do jego złości, preludium do afery. A brudu w ostatnich miesiącach było wokół Farida dużo.

Farid nie chce się dzielić tym, kto z jego znajomych zginął, kto został ciężko ranny, kto stracił kogoś bliskiego. Koncentruje się na opowiadaniu, jak jego życie wyglądało wcześniej, jak zamożna była jego rodzina, jakie miejsce zajmowali w hierarchii społecznej, „miejsce, o którym kierownikowi ośrodka, co ma nas za nic, się nie śniło”. W Faridzie dużo jest goryczy, ale też dużo siły. To pocieszające, bo między jednym papierosem a drugim, pomiędzy narzekaniami, nienawiścią do ISIS, złością na działanie systemu w Niemczech w oczach Farida płonie niezmordowana chęć życia. I przepotworna tęsknota.

Farid nigdy wprost o to nie prosił, ale wspomniał, że usiłuje wydostać swoje dwie siostry z Syrii. Jedna to ta, którą wcześniej porwało ISIS, druga – anglistka, wraz z mężem dziennikarzem i dwuletnim synkiem mieszka kilkanaście kilometrów od obozu ISIS. Nie chcą ryzykować nielegalnej przeprawy przez morze. Poza tym Farid sam ma dość ostre zdanie o przyjmowaniu przez Europę wszystkich uchodźców, a szczególnie tych przybywających bez dokumentów. – W obozie przejściowym już w Niemczech byłem na sali z jednym takim z mojej wioski. Ja wiem, kim on jest i co robił w Syrii, ale wy się jeszcze musicie przekonać. Za pięć, może dziesięć lat zobaczycie, kogo wpuściliście na tej fali waszej niekontrolowanej „dobroci” – mówi wzburzony. Dlatego chce, aby siostry dostały się do Europy legalnie. Złożył też wniosek o przyjęcie jednej z sióstr przez Kanadę, bo słyszał, że tam przyjmują uchodźców i dają pracę. Ale Kanada jest strasznie daleko i nikogo tam nie znają – dziewczyna się boi.

Bliższa koszula ciału

Od kiedy wróciłam do Polski, usiłuję sprowadzić jego siostry do kraju. Pomyślałam, że to nie może być zbyt skomplikowane – wystawię dla nich zaproszenie, pójdą z nim po wizę do konsulatu polskiego w Libanie (Farid sprawdził, że mogą się tam bezpiecznie przedostać), a potem wsiądą do rejsowego samolotu do Polski.

Wszystko wydaje się zbyt proste, więc to pewne, że problemy są tylko kwestią czasu.

Pojawiają się szybko. Okazuje się bowiem, że przy wystawieniu zaproszenia urząd sprawdza, czy stać mnie na utrzymanie czworga uchodźców. A konsulat RP, wystawiając im wizy – czy stać ich na życie w Polsce. I tu pojawia się problem. Bo o ile mam wystarczająco dużo kontaktów, żeby wiedzieć, że wspólnie rodzinę Farida utrzymamy, to mój osobisty stan posiadania absolutnie na to nie wskazuje. Ich stan konta jest jeszcze bardziej opłakany. Na dzień dobry więc nie mogę zrobić nic. Szukam zatem możliwości legalnego sprowadzenia rodziny Farida w inny sposób. W końcu jakiś być musi. Przecież nie walczę o przyjęcie tysięcy osób, tylko jednej zaprzyjaźnionej rodziny.

Na początek pytam w Caritas.Dostaję następującą odpowiedź:

Caritas: „Staramy się o możliwość transportowania niewielkiej grupy osób, nie tylko chrześcijan. Warunkiem jest, aby życie tych osób było zagrożone – głównie z powodów medycznych. Innego rodzaju zgody nie otrzymamy”.
Rodzina Farida na szczęście jeszcze na łożu śmierci nie leży, szukam więc dalej. Pytam w Fundacji Estera, która miała sprowadzić 300 chrześcijańskich rodzin z Syrii, a poprzestała na 52.
Fundacja Estera: „Nie mamy na razie zielonego światła, żeby sprowadzać. (Rząd) niby ma podejście otwarte, ale na razie nie wspiera”.

Pytam dalej:

PAH: „Przykro nam, pomagamy na miejscu, nie pomagamy sprowadzać ludzi z Syrii”.
Refugees Welcome: bez odpowiedzi.

Znajomy zaangażowany w pomoc chrześcijanom z Syrii: „Chciałbym, ale naprawdę nie mogę. Wystawiłem ostatnio zaproszenia dla kilku osób z Syrii i co kilka dni jestem na dywaniku w urzędzie”.

Refugees.pl: „Spójrzmy prawdzie w oczy, pani Olu. Żadna fundacja pani nie pomoże sprowadzić ludzi z Syrii, bo nie mamy funduszy na to poświadczenie za nich. Fundacje nie mają pieniędzy nawet na swoją podstawową działalność, nie wiemy, czy w przyszłym roku dostaniemy dotacje”.

«« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |